sobota, 18 kwietnia 2020

Urodziny, urodziny, miejsce na piknik i zaległości.

Styczeń, luty i marzec  obfitują u nas w uroczystości. O ile do początku marca jeszcze odbywaliśmy je bez przeszkód, to ostatni, najmłodszy, załapał się na kwarantannę. I weź tu człowieku wytłumacz, że koledzy nie przyjdą, że Babcie i Dziadkowie też nie przyjdą.
Że tortu nie będzie, bo matka nie umie.
Wrrróć! Umie.
Tort jak tort, ale placek z masą mascarpone wyszedł. Serduszko z Pepco z Walentynek, do tego filcowe kwiatki i czwórka z taśmy ozdobnej z pasmanterii (bo czego, jak czego ale tego w domu nie brakuje).
Jest? Jest. Dziecko zachwycone ;)
Z kolegami na messengerze, z Dziadkami przez telefon. Impreza na 100 fajerek. Nawet na przedszkolnym FB został uwieczniony.

O tempora, o mores... (w duszy matki jednakoż zawyło)



W Kju oprócz altany, którą zrobiliśmy prawie 5 lat temu, przybyła huśtawka. Tylko jeździć tam nie można, nad czym ubolewam. Tzn jeździmy tam czasem pobiegać po podwórku, bo w domu są zamknięci Dziadkowie. Obawa, żeby im czegoś nie przywieź jest straszna. Zatem ogłaszamy, że jedziemy się przewietrzyć, oni wtedy zamykają się  w domu. Koszmar. Ale takie są układy. Ja bardzo serio traktuję izolację i chyba bym sobie nie wybaczyła gdybym niechcący i nieświadomie im coś zawlokła. O ile Mama traktuje to ze zrozumieniem, to Tatowi zrozumieć to trudno dlatego byliśmy tam dopiero 3 razy. Muszę jednak znaleźć złoty środek- mam czterolatka, którego w bloku bez balkonu nie da się trzymać bez przerwy miesiąc. Lasy zamknięte, parki też, a po ulicach chodzić głupio i niebezpiecznie.

 O tempora, o mores... (w duszy Rodziców i córki zawyło niejednokrotnie, co niestety było przeze mnie słyszalne i bolało, a czterolatek już nie pyta czy Babcia otworzy-on już to wie)


 No i koty. Koty! W izolacji od 11 lat! Chryste ja dopiero teraz zrozumiałam jakie życie im zafundowałam!


 Może mi to kiedyś wybaczą :)

I jeszcze zaległości virusowe (grrr...)


Powyżej dla Teściowej, poniżej dla Koleżanki


I tak życie sobie płynie... choć:

;)

środa, 15 kwietnia 2020

Chust ciąg dalszy...


Chuściany wirus... Niech szlag trafi tę felerną nazwę! Fakt- wciąga ale na bora liściastego! Bez przesady!


 I jeszcze ta felerna nazwa! Psia ją mać!


 Choć uczciwie trzeba przyznać, że chusty ładne. I chusty w sensie wzoru i wirus sensu stricte.


 Tą w kolorach 'rasta' zostawiłam dla siebie- reszta znalazła właścicieli.



A na koniec, jak już wzór i telewizja wyszły mi bokiem popełniłam chustę dla Syna. Baktus- popularny całkiem niedawno. Klasyczny Baktus robi się na drutach od boku do boku. I najfajniej się go robi z dwóch motków- wtedy łatwo jest określić środek pracy. Ja robiłam z kokonka DMC i nie miałam tego luksusu, znalazłam więc na YT tutorial jak zrobić Baktusa od dołu. Całkiem całkiem. No i jak ulał pasował do moich drucianych umiejętności, bo ja tylko prawe-lewe, z tym, że prawe bardziej ;) No i ten uczyniłam samymi prawymi. Ale! Dzięki filmikowi dowiedziałam się, że robię jako prawe- prawe odwrócone (lub przekręcone)- nie miałam tej świadomości wcześniej. Ale znowuż okazało się, że lewe też robię odwrócone! Hmm... teraz już za nic nie potrafię się przestawić! Uznałam więc, że skoro robię to tak nad wyraz konsekwentnie, a na moje laickie oko różnicy nie ma, to będę się już tego trzymać. Trudno.


Męczyło mnie to jednak czas jakiś, bo jak zobaczyłam na tym YT jak powinno się robić, to te "normalne" po mojemu były przekręcone ;) Ta pani je tak śmiesznie od boku nabierała. Cóż jestem, i pewnie będę, bardziej szydełkowa niż drutowa. Kiedyś byłam bardziej hafciarska niż dziewiarska i żyłam ;)


A na koniec coś, czym wszyscy ostatnio żyjemy i co szyjemy w zaciszach domowych...
 Ta jest z cienkiej flaneli z flizeliną w środku. Eksperymentalna stefkomaska z przepisu znalezionego na jednym z blogów.
Zamówiłam na allegro włókninę medyczną i zamierzam poszyć nieco tych harmonijkowych dla siebie i rodziny. Nie wiem jak się wszystko potoczy i czy w pracy nie trzeba będzie nosić. Pracuję póki co zdalnie, ale... sytuacja jest dynamiczna. Kupiłam od razu pociętą na kawałki- bardzo wygodnie- wystarczy tylko upiąć, doszyć gumki i...w miasto (chciałoby się rzec).
Zgłębiałam temat do tej pory i maseczki bawełniane, jeśli nie mają odpowiedniego filtra w środku, nie są zbyt chroniące. Najlepsze są z flizeliny medycznej jak najgrubszej (np 50- wtedy może mogą być pojedyncze) lub z filtra do odkurzacza. Choć lekarz się wypowiadał, że lepsze niż bawełniane mogą być nawet te szyte z flizeliny z rolki (kuchennej). Zobaczymy. W tych bawełnianych ponoć też te flizeliny mogą służyć za filtry. Kiedyś kupiłam kilka bawełnianych, bo nie miałam w domu ładnej bawełny i pani, która mi sprzedawała powiedziała, że za filtr mogą służyć wysuszone mokre chusteczki dla dzieci (te do pupy). Sama już nie wiem. Ilu ludzi, tyle opinii.
Choć szczerze powiem, że o ile wyobrażam sobie siebie i dzieci w szkole w maskach o tyle nie mogę sobie pomieścić w tej głowie przedszkolaków... Czy jak wrócą będą bezpieczne?
Ehh...

czwartek, 2 stycznia 2020

Chuściany Virus ;)

Zachustowałam się. Normalnie jak nie ja, bo do niedawna twierdziłam, że chusty są bez sensu. Ani ich nie nosiłam, ani nawet ich nie chciałam mieć. Do czasu.

Mam wspaniałą dziergającą sąsiadkę, która dzierga je namiętnie. Chodziłam, patrzyłam i...nic.
Poszłam do pasmatneri z kokonkami i... nic. Normalnie "nie ma tematu".

Aż przyszedł trudny dla mnie psychicznie czas, o którym napisałam Wam w poprzednim poście... Do tego nałożyły się moje problemy osobiste i problemy w pracy. Amba zjadła szczęście. Wszędzie tylko gruzy i zgliszcza.

Potrzebowałam czegoś dla totalnego odmóżdżenia, czegoś co zajmie umysł, ręce i nie pozwoli zejść do czeluści piekielnych, a przyznam cholernie blisko byłam... Nie mając kokonków zaczęłam od tego co było w domu:





 Przyznam wessało mnie. Działało genialnie. Wzór prosty ale nie monotonny. Powtarzalny co 4 rzędy, nie usypiający. Trzeba myśleć, ale dzierga się bez wzoru bo ten "schodzi z szydełka". Nazywa się "Virus" nie bez powodu...
Na psychikę działa genialnie! Pobiegłam do rzeczonej pasmanteri z kokonkami i kupiłam dwa... Wydziergałam przez Święta.









Po Świętach poleciałam zamówić jeszcze dwa... Tym razem dla siebie, bo te poszły w prezentach.

Podczas spotkań okołoświątecznych dostałam zamówienie na kolejne dwie... Coś czuję, że Virus zastąpi mi Prozac ;) i o to chodziło moi drodzy. Zawsze widziałam głębszy sens w jakimkolwiek DIY i myślę sobie, że zamiast sięgać po psychotropy zacznijmy tworzyć. To działa naprawdę.

W tzw. chuściamym "międzyczasie" skończył się jeden rok ( i dobrze!), a zaczął drugi (oby lepszy!)

Zatem moi drodzy! Pamiętajcie, że macie w swoich dłoniach potężny lek na zło tego świata. Jakiekolwiek hobby. Ludzie bez hobby głupieją (mam tego wokół dowody). Nam to nie grozi ;) Dziergajmy! Malujmy! Twórzmy! A jak nie to...siup na rower i w Polskę :) Albo posprzątajmy ;) Jednym słowem w tym nowym roku ZRÓBMY COŚ!  Na zdrowie...

Tego Wam z serca całego życzę...

Ps. Nie mam pojęcia kto jest autorem wzoru. Jest on dostępny w miliardzie plików w grafice google.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Koronka teneryfowa i gwiazdka do Nieba...

Zawsze chciałam się jej nauczyć i nie wiedzieć czemu wydawała mi się tak strasznie skomplikowana. Okazała się być całkiem, całkiem.


Już jakiś czas temu ją zrobiłam, ale coś długo schodzi mi publikowanie na blogu. Źle.

Dziś wyjątkowo źle... Tę koronkę dedykuję Marzence, mojej przyjaciółce, która dziś właśnie postanowiła opuścić nas w tej ziemskiej wędrówce...
Marzenko! To dla Ciebie Słonko...


Do zobaczenia, Kochana, gdzieś Tam... w lepszym świecie...

poniedziałek, 14 października 2019

Wakacyjne podkładki

Ze zwykłego sznurka wędliniarskiego. Jest u nas taki sklep-hurtownia dla osób, które samodzielnie... zwierzęta, nieszczęśliwie umiejscowiony prawie vis a vis mojego mieszkania. Nieszczęśliwie, bo... wiadomo, ale z drugiej strony to może i szczęśliwie. Prawdopodobnie sama z siebie bym tam nigdy nie zaglądnęła i nie znalazłabym fantastycznego sznurka do...makramy! Tak, bo sznurek wędliniarski na pierwszy rzut oka niczym się nie różni. Na drugi już tak, jest sztywniejszy, z tym że jeżeli o mnie chodzi to to jest akurat zaletą. No i ma minus taki, że występuje tylko w kolorze naturalnym.

W wakacje potrzebowałam czegoś małego do dziergania w pociągu. Jechaliśmy pociągiem nocnym z Tarnowa do Świnoujścia z dzieckiem, które spało, więc matka jak to matka, okupowała podłogę (dziecko rozwaliło się na podwójnym siedzeniu) Otóż cóż było robić z tak pięknie zaczętą nocą? Bezsenną, za to w całości poświęconą na hobby?
Podkładki!


Przez cała noc powstało ich tyle, że już następnego dnia posłużyły za prezent dla Rodziny.

W drodze powrotnej powstało drugie tyle, a jeszcze później trzecie tyle ;) gdyż mieliśmy niewątpliwe szczęście rodzinnie wizytować Stolicę.

Teraz już wszyscy Krewni i Znajomi Królika mają takie podkładki. Jednym słowem Susan, podobnie jak Chiny, zalewa kraj (no, no, no! tylko mi tu nie wyjeżdżać z tandetą!) ;) ;) ;)  Żenująca prawda jest taka, że już wcześniej owi "szczęśliwcy" zostali (szczęśliwymi?) posiadaczami, lampioników, kwiatków i dzwonków na choinkę... ;) Naprawdę strach się bać!

Co zrobić. Uwielbiam rozdawać własnoręcznie zrobione rzeczy...
Zatem jeśli kiedykolwiek zaprosicie jakąkolwiek Susan w gości z jakiegokolwiek powodu to bądźcie przygotowani ;)

... (na najgorsze) ;) ...

Za to w drodze powrotnej się jechało i się piło wodę mineralną ;) z takich oto kubeczków:


Bo nie od dziś wiadomo, że najfajniejszą pamiątką znad morza, a tym bardziej ze Świnoujścia, są kubki z Bolesławca ;) 

Tak że ten...

Do następnego (bór wie kiedy!) ;)

Edycja:
To ten sznurek:

To jest taka duża szpula jak połowa sznurka sizalowego.

I robiłam z TEGO filmiku

niedziela, 25 sierpnia 2019

40 lat ma sie raz ;)

Albo i kilka razy, jeśli się jest kobietą ;) Jak mawiała nieodżałowana Maria Czubaszek "Kobieta powinna raz postanowić ile ma lat i się tego trzymać" ;)
A co jak się jest mężczyzną? Ooooo.... no to ho ho! A nawet ho, ho, hooo! Imprezuje się tydzień, a następnych można nie dożyć? (TFU!x3!!!)

No i goście mają wybór. Albo spełnić zachcianki, albo wyśmiać zainteresowania delikwenta ;) Albo i to i to, z czystej sympatii i przyjaźni. Bo przyjaźń to święta rzecz!

No to się pojawiło zamówienie na piwne skarpetki. Pierwowzór został przysłany messengerem i nieco mnie zmroził. JA NIGDY NIE ROBIŁAM SKARPETEK!
Próbowałam wydębić na koleżankach dziergających takoweż, ale nic a nic nie dały się namówić ;)
"Przecież dziergasz, co to dla ciebie?" Tia...
Czas uciekał. Deadline coraz bliżej, a ja w lesie, ba! W Puszczy 'Białowieszczańskiej' prawie! ;) ;) ;)
TYLE RAZY SOBIE OBIECYWAŁAM!!! Dzierganie na zamówienia to nie twoja, Susan, bajka! Ty się nie zgadzaj babo! Głupia babo!!!

Człowiek postawiony pod ścianą z odbezpieczonym pistoletem przyjaźni może wiele...

WYDUSIŁAM je z siebie...

Pierwowzór:


 Wypociny:



 Udręka: (uchwyty)


Ściągacz robiony dookoła sie skręca. Na gładkim wzorze tego tak nie widać.
No to, że inne wyszły widać gołym okiem... Niemniej podobały się zamawiającemu, a przynajmniej tak twierdził ;)
Dziś już imprezowicze wracają po tygodniowej uczcie ;)
Daj Boże szczęśliwie...

P.S. Korzystałam z filmiku instruktażowego Intensywnie Kreatywnej na youtube. Taka genialna, żeby sama z siebie to ja nie jestem ;)

środa, 21 sierpnia 2019

Walentynki w sierpniu? Why not?... ;)

Oj kuleje mi ten blog w tym roku okrutnie! Dziergaczo dzieje się całkiem nawet, choć głównie sekretne projekty, których pokazywać nie nada..
Dziś poszedł ostatni i w sobotę będzie doręczony, zatem od soboty mogę publikować :)

Pomysł na serduszka narodził się tuż przed Walentynkami, ale realizacja, jak to u mnie, musiała nabrać mocy prawnej. Materiały zakupiłam od razu, ale...
Kolejny raz zepsuł mi się komputer (tak- ten wypasiony w kosmos...). Padł system. Zafundowałam mu wycieczkę do Poznania, gdzie panowie postawili system od nowa dosłownie 2 dni przed upływem gwarancji... No i jak wrócił okazało się, że muszę wszystko poinstalować od nowa... Ponieważ odbywa się to już pierdylionowy raz to straciłam do niego serce... Uwierzycie, że otworzyłam go tylko raz, żeby sprawdzić czy działa. Jak go szczęśliwie zamknęłam w maju tak leży. No nie mam serca.
Teraz korzystam sporadycznie z komputera Osobistego. No ale jednak to nie mój.. nie mam swojego ulubionego programu do obróbki zdjęć i nie mam swoich ukochanych zdjęć. Poszły w kosmos.
Siedzę za to w komórce na fb i insta.
Źle. I źle mi z tym.
No ale do brzegu. Powstały już dawno ale dopiero tutaj teraz i saute:





Teraz leżą sobie na tacy, a w okolicy świąt podepnę im uchwyty i wylądują na choince.

Ściskam Was mocno!