Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pół serio-pół żartem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pół serio-pół żartem. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 kwietnia 2022

Impreza urodzinowa z prezencikami handmade

Końcem marca mój Syn obchodził szóste urodziny. Ponieważ przez ostatnie dwa lata nie miał żadnej imprezy zorganizowanej (pierwszy i drugi lockdown), a bardzo chciał choć raz mieć urodziny w sali zabaw, to się zmobilizowałam i zorganizowałam. Oczywiście impreza miała być zacna, a dostojny Jubilat miał nielimitowaną listę gości (oj głupia ja). Summa summarum przybyło 13 gości, z różnych kręgów. Część z przedszkola, część z rodziny, część z sąsiedztwa.

Tort zamówiłam w Piekarni Pod Telegrafem. Zamawiam tam od lat i nigdy się nie zawiodłam. Pyszne torty, przepięknie wykonane.


Jubilat nie widział tortu wcześniej i był autentycznie wzruszony :) 

No ale skoro to były urodziny po tak długiej przerwie, to matka-wariatka wpadła na szatański pomysł wydziergania każdemu z gości handmade'owego prezentu w podziękowaniu za przyjście. Ponieważ mój Syn bywał wcześniej na tego typu imprezach, wiedziałam, że jest praktykowany w tym gronie taki zwyczaj.

Na początek pomyślałam, że wydziergam pierogi (najszybciej i najprościej) i popakuję po kilka. Wydziergałam całkiem sporo i poszłam do mojej dziergającej sąsiadki aby pochwalić się koncepcją... (głupia ja!) Zostałam skrytykowana! Bo mało kolorowe! Powinno być pięknie, kolorowo, bo to przecież dzieci! 

Co racja to racja...

Ale jak sobie pomyślałam, co ja takiego kolorowego i pięknego robiłam kiedyś, to zdjęło mnie przerażenie! Ileż to pracy! (razy 13!!!)...

Ale co było robić!? Czas gonił, ambicja wrzeszczała (co? Ty nie dasz rady? TY?). No.... hmm...

Do biegu! Gotowa!? Start!!!  

W tydzień wydziergałam!!!

 Ale dziergałam absolutnie wszędzie i w każdych warunkach. W pekapie głównie, na zebraniach (za torebką ukryta), w poczekalni u lekarza, nocami w domu. Spałam po 4 godziny dziennie (ojjj...strasznie głupia ja...)





Widać, że część nie ma sera żółtego, ale brakło mi włóczki. Brakło mi tez czasu na to, żeby wydziergać rzodkiewki. Szkoda.




Nie zdążyłam  też zrobić napisu w stylu "Dziękuję". Trudno. Uważam, że jak na ten krótki czas i zawirowanie mocne w pracy, tudzież w życiu osobistym, zrobiłam max maksów.  

Impreza była udana i... posypały się zamówienia :)

Jedno się kończy, drugie będzie się dziergać. Kocham!

P.S. No i dzierganie w pekapie na czas świetnie zajmuje głowę. A o to chodziło także.

czwartek, 9 grudnia 2021

Dopadło i nas

 Zachorowaliśmy. Dziecko przyniosło i podarowało mnie. Następnie zachorował mąż... Przechodzimy na całe szczęście dość lekko. Syn już zakończył izolację, moja kończy się jutro. Mąż do 13...

Ojjj... mam mnóstwo przemyśleń i refleksji, w większości gorzkich i przykrych. Nie dziwię się, że ludziska mrą na potęgę. Zostawieni sami sobie. Leczący się jak umieją. Jak nie umieją to liczący na cud. W XXI wieku!!! Po 2 latach pandemii, w Polsce jesteśmy w czarnej d...

No i tyle. Zostawmy temat. W każdym razie zaszczepieni, jak i nie zaszczepieni przechodzą u nas chorobę identycznie. Na cale szczęście jakoś tak w drugim miesiącu pandemii wyłączyłam telewizor i nie miałam pojęcia jak miałam przechodzić chorobę. I to jest wartość dodana.

Najgorsze, że nic się człowiekowi nie chciało. Ani jeść, ani czytać, ani dziergać... No, kochani... tak chora, żeby mi się nawet DZIERGAĆ nie chciało to ja dawno nie byłam ;)

Ale od czego się ma tyły w postach? Mam jeszcze jedną pracę, która co prawa idzie do sprucia, ale z kronikarskiego obowiązku trzeba odnotować na blogu.

Zapragnęłam chusty innym wzorem niż virus... Już nie pamiętam jak ten wzór się nazywa. W każdym razie robiłam ją z You tuba. Nie powiedzieli tam, że strasznie włóczkożerny jest.  No i z dwóch motków wyszła chusta dla pięciolatki z anoreksją ;) A włóczki już nie produkują.




Złej jakości zdjęcia nie pokazują, że ładny wzór i ładnie trzyma linię na brzegu. Bardzo mi się podoba, ale motków na nią trzeba co najmniej cztery. Poza tym, ta konkretna włóczka nie pasuje do tego wzoru. Nie widać w nim jej piękna. A piękna jest naprawdę. Taka jesienna.

W każdym razie jest pierwszy objaw wychodzenia z choroby- kończę dywan do Chaty w Kju. Do pomieszczenia na poddaszu, którego jeszcze nie ma.

No i ubrałam choinkę. Trochę jeszcze na siłę, w chorobie, ale potrzebowałam pozytywów.



Tam za choinką widać kawałek obrazu, który jeszcze czeka na miłosierdzie pańskie mego męża, któren być może kiedyś przywiesi go (albo i nie). Nie będę upierdliwa i nie będę mu co pół roku przypominać... Wezwę "męża na godziny", no takich "niedorób" zebrało się już kilka. W latach podeszły...

Obraz jest autorstwa pani Magdaleny Malczewskiej. Tak, mam świra na punkcie morza. Czekałam na niego niecały rok, a zobaczyłam go na stronie MalczewskaArt na FB.



Tak mi się podoba, że zamówiłam u niej jeszcze jeden. Tym razem morze jest za dnia.


Tu na zdjęciu Autorka razem z zamówionym obrazem. W Chacie w Kju poddasze będzie miało styl marinistyczny. Poczekam znów około roku, być może nieco dłużej.

Tak, już nasłuchałam się o przesądach związanych ze spienioną wodą, że pech i te sprawy. Na całe szczęście nie jestem przesądna, a widok morskiego bezkresu uważam za najpiękniejszy na świecie.

Kochani! Życzę Wam zdrowia... I mam wielką prośbę. Jeśli zachorujecie nie przyjmujcie od razu czarnych scenariuszy. Idzie to przeżyć. Pytajcie codziennie siebie: "no dobra, a tak w skali od 1 do 10?"

Jak sobie porównałam do takich innych moich poprzednich chorób, to nie wychodziło więcej niż 3 (choć strach w tej samej skali zawsze był 9,5...) Strach ma wielkie oczy. Nie poddawajcie się strachowi... 

Do następnego- mam nadzieję wkrótce...



czwartek, 18 listopada 2021

Marzenia się spełnia

 Tak. Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia. Zwłaszcza te z dzieciństwa.

Urodziłam się w siermiężnych latach '70. Wszyscy mieliśmy jednakowe, siermiężne, zabawki i lalki- te do zabawy i te do ozdoby. 

Te do zabawy najczęściej wyglądały jak nieboskie stworzenia ;) moja prawie nie miała włosów i prawie zawsze była naga, ale była ukochana. I to ja ją tak urządziłam w swoich nieświadomych latach. 

Druga była przepiękna. Ruda w białej sukience w kwiatki. Było w niej coś tak idealnego, że nie chciałam się nią bawić. Do dziś wygląda tak, jakbym ja przed chwilą przyniosła ze sklepu.

Gdzieś w latach '80 pojawiły się wśród dziewczynek lalki Barbie...Były to jednostkowe przypadki. Takie Barbie jednorożce prawie.  No i przepadłam! Czegoś tak cudownego, idealnego i przepięknego nie widziałam nigdy wcześniej. Te przecudne blond włosy kręcone jak paciorki... Te usteczka...te oczy... te nogi... ta kibić... No marzenie...

Nigdy nie dostałam. Zawsze zazdrościłam. Potem, w latach "dorosłych" zawsze były pilniejsze wydatki (to przecież nie będę kupować lalek!). Potem kredyt na mieszkanie (no to tym bardziej nie będę kupować lalek!), potem przyszły skomplikowane sprawy rodzinne (to tym bardziej nie będę kupować lalek!). Ale zawsze, ile razy przechodziłam i gdzieś mi wpadła w oczy to serce biło mocniej. No ale one wtedy były dość drogie, a ja jako bibliotekarka nie zarabiałam kokosów (na kupowanie lalek!).

Ale zawsze w sercu wiedziałam, że KIEDYŚ  sobie kupię. Na bank. Niechby na sześćdziesiąte urodziny ale kupię. Gwoli jasności- nie chciałam podróbek. Wolałam raczej nie mieć, niż mieć coś, co nawet nie leżało obok.

No i "nadejszła wiekopomna chwiła" kiedy byłam trzydziestoczteroletnią kobietą. Poszłam na zakupy do Biedronki i zobaczyłam! Lalki Barbie po 9,99! LUDZIE! Pomyślałam, że podróba na bank. Obwąchałam opakowanie z prawa i lewa, z góry i na dół. No i wychodziło na to, że faktycznie są prawdziwe. Były dwie. Blondynka i szatynka.

Wzięłam obie!!!

Frunęłam na skrzydłach szczęścia do domu!!! Schowałam na dno szuflady i nie wyjmowałam przez tydzień ;) Fala wyrzutów sumienia mnie zalała, że stara a głupia ze mnie baba. Inne to w moim wieku w ciuchy inwestują, w kosmetyki, no ewentualnie willę z basenem i mercedesem, a ja w lalki Barbie ;)

Potem zaczęłam zauważać te lalki w SH. Nie mogłam przechodzić obok obojętnie... Musiałam ratować ;) Mam w sumie 11 lalek teraz... Wszystkie markowe, różnych ras i kolorów :)

I wiecie co? Cała szuflada jest zajęta, a ja jeśli zobaczę ładne ciuszki, buty, torebki to kupuję. A czasem sobie coś dziergnę dla nich. A co? Tak. Mam prawie 50 lat... i rozum świadomej kobiety, która zdanie innych co do swojego świra ma... głęboko. I wcale nie zamierzam przestać kupować. Nie zamierzam też przestać dla nich dziergać i szyć. Zamierzam jednak mieć w odwłoku to, co na ten temat myślą inni ;)

No i ostatnio dziergnęło mi się trzy sukienki:


Jak się między innymi dziś okazało, życie jest krótkie i mija bardzo szybko. Nie należy sobie odmawiać przyjemności. Jeśli nasze marzenia nikogo nie krzywdzą, nie są bór wie jak obciążające, to dlaczego nie. Carpe diem kochani. I miejcie w nosie co myślą inni, bo ich jest dużo i każdy mówi co innego.

Kiedyś wydziergałam też ubranka dla Przedszkola mojego Syna. Służą do zajęć nauki j. angielskiego, a także zajęć sensorycznych:


 





czwartek, 25 lutego 2021

Dzieje się

 na różnych frontach. 

Ze strony budowlanej trwa remont kapitalny Chaty w Kju! Oszalałam... Pandemia walnęła mi na mózg ;) Absolutnie!

Zdjęć "przed"nie będzie. Zdjęcia "po" będą pojawiać się systematycznie w późniejszym terminie. Przewidywalny termin końca przebudowy to koniec marca, początek kwietnia.

Ale to jest przedsięwzięcie!... Zastanawiam się z którego piętra skoczyłam, że się tego w ogóle podjęłam...

Ze strony "dzierganej" również dużo się dzieje ale z przyczyn "ze względu na wzgląd", głównie zamówienia.

Pierwsze to zamówienie na pomoce naukowe do przedszkola, dziergane z głowy, czyli z niczego ;)


Drugie, to czapki i komplety niemowlęce. Inspiracja z Internetu, bodaj LaPanda, a większe to już kombinacje własne.


W tej chwili dzierga się identyczna tylko na roczne dziecko. Ponieważ wszystko z tej samej włóczki więc nie będę Was zarzucać zdjęciami. Tu mniejsza dla noworodka, większa dla niemowlęcia (ok 3 miesiące).

Trzecie, to zamówienie na chustę Baktus, dzierganą od dołu. W trakcie realizacji.

Sama nie wiem kiedy na to wszystko znajduję czas. Do tej pory byłam przekonana, że igły w swój plan dnia nie wcisnę ;) a tu proszę. Ale dobrze. Bardzo się cieszę! Chata w Kju potrzebowała pogłaskania i zaopiekowania. Zamierzam zresztą spędzić w niej emeryturę (a najpierw jakimś cudem do niej dożyć).

Dziergam już absolutnie wszędzie ;) więc jak się pojawię w jakimś viralu internetowym jak pewien Pan w rękawiczkach, to się nie zdziwię ;) 

Na całe szczęście są tacy, którzy podjęli się trudnej sztuki odpoczywania za mnie...



 

Oczywiście NA STOLE! Bo wiadomo, że jak  Pańci nie ma to koty harcują ;)

Bo KIEDYŚ to na stole takie rzeczy się poniewierały ;)


A teraz to już tylko koty...

Do następnego!

P.S. Skrzypcio dziękuje za kciukasy! Rana się zagoiła i póki co nie zgłasza kolejnych problemów... (tfu!Tfu! Na psa urok!)

wtorek, 12 stycznia 2021

Nowy Rok, nowy post

Nowe życie ;) 

Nie, nie u mnie. Za stara już jestem na takie atrakcje ;)

Ale z rozpędu, jako że nitki zostało to powstał komplecik:


Sprzeda się, to się sprzeda. Nie sprzeda się? To się nie sprzeda. Z potrzeby serca powstał, żeby sobie utrwalić technikę. Powstanie jeszcze miętowy ale nie wiem kiedy, bo się inne zobowiązania nawarstwiły- nie dziergane.

Z tej włóczki powstanie jeszcze komin i czapka dla Syna. Kiedyś.

Kochani! Mało pisałam w ubiegłym roku i to nie było dobre. Nowy rok- nowe postanowienia- nowa energia (oby nie w gwizdek). Ale może już dość leżenia na kanapie... Do roboty czas!

Najlepszości wszelakiej na ten nowy rok dla Was!

środa, 6 maja 2020

#zostań domu

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać...

Dobra- miesiąc siedziałam kamieniem i rodziny nie wypuszczałam nawet ze śmieciami ;) Serio.
Po miesiącu zauważyłam, że sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. Praca zdalna dawała popalić. Dziecko dziczało, chłop odbijał się od ściany do ściany, a i ja częściej niż zwykle podnosiłam głos...
Niedasię, psze państwa, niedasię.

Wena do dziergania przepadła.
Wena do czytania przepadła.
Wena do bajek na nick jr. (bez komentarza).
Bywało, że wychodziliśmy do lasu. Zamknęli. 
Bywało, że jeździliśmy do Kju pobiegać po podwórku. 
Bywało, że siadałam i chciałam podziergać, poczytać...cokolwiek. Nic z tego nie wynikało.

Wreszcie usiedliśmy rodzinnie i postanowiliśmy co następuje: Jak nas koronawirus nie zabije- rychło się i tak pozabijamy wzajemnie. Trza wyjść. Trza żyć. Z zachowaniem oczywiście wszelkich zasad bezpieczeństwa i higieny. Nie codziennie i nie wszędzie ale jednak.

Wyszliśmy.
Przeczytałam jednym cięgiem całą książkę.

Wyszliśmy. 
Podziergałam. Wyszło to:


 Uwielbiam ten wzór. Kiedyś już wydziergałam nim chodniczek łazienkowy. To też jest chodniczek łazienkowy. Ma 80 cm. średnicy. Wykorzystałam grubą włóczkę tasiemkową ze swetra za złotówkę.

Wyszliśmy.
Wreszcie przyszła chęć na eksperymenty. Wyszła pascha wielkanocna. Jakoś na Święta się nie złożyło- nie chciałam biegać po składniki niepotrzebnie narażając siebie i rodzinę.
Pierwszy raz w życiu robiłam i nie ostatni zapewne. Pyszotto w gębie.


Wyszliśmy.
Przyszła chęć na remonty. Pantha Rhei. Czasy się zmieniają. Kiedyś była konieczność zlewozmywaka dwukomorowego. Przyczyny były, co najmniej, dwie ;)


Ale skoro kiedyś wychodziliśmy bez problemu, to i problemy były inne. Kupiłam zmywarkę (w Sylwestra), musiała swoje odczekać.  Ze względu na "szalone przestrzenie" trzeba było tu uciąć, tu przyciąć i zamienić dwukomorowy na jednokomorowy. Dla uszczegółowienia- materiały niezbędne do przeróbki zalegały od stycznia- do żadnych marketów budowlanych po próżnicy nie lataliśmy.


A może tak trzeba było zamienić? W końcu w dwukomorowym koty nie zachowywały przepisowej odległości 2m. od siebie? ;) Kichały, prychały i czasem dały sobie po nosie. Cóż- za blisko siebie siedziały i kwarantanna im się dawała we znaki. Ja je już teraz bardzo rozumiem- w piekle się za to będę smażyć zapewne ;)

Wiem, są ludzie których razi w oczy kot w zlewozmywaku ;) Cóż... Nie jest to u nas częsty widok. Właściwie bardzo rzadki- dlatego uwieczniony na fotografii. Nie popieram, ale przyznam trochę mnie śmieszy, więc zanim je przegonię to cykam fotkę. Mam takie spostrzeżenie, że jak w zlewozmywaku zostanie cokolwiek- np łyżeczka- kot już tam nie wejdzie. Zawsze choćby łyżeczkę zostawiam.

Dbajcie o siebie. W granicach rozsądku. Swojego rozsądku.

Do następnego :)

sobota, 18 kwietnia 2020

Urodziny, urodziny, miejsce na piknik i zaległości.

Styczeń, luty i marzec  obfitują u nas w uroczystości. O ile do początku marca jeszcze odbywaliśmy je bez przeszkód, to ostatni, najmłodszy, załapał się na kwarantannę. I weź tu człowieku wytłumacz, że koledzy nie przyjdą, że Babcie i Dziadkowie też nie przyjdą.
Że tortu nie będzie, bo matka nie umie.
Wrrróć! Umie.
Tort jak tort, ale placek z masą mascarpone wyszedł. Serduszko z Pepco z Walentynek, do tego filcowe kwiatki i czwórka z taśmy ozdobnej z pasmanterii (bo czego, jak czego ale tego w domu nie brakuje).
Jest? Jest. Dziecko zachwycone ;)
Z kolegami na messengerze, z Dziadkami przez telefon. Impreza na 100 fajerek. Nawet na przedszkolnym FB został uwieczniony.

O tempora, o mores... (w duszy matki jednakoż zawyło)



W Kju oprócz altany, którą zrobiliśmy prawie 5 lat temu, przybyła huśtawka. Tylko jeździć tam nie można, nad czym ubolewam. Tzn jeździmy tam czasem pobiegać po podwórku, bo w domu są zamknięci Dziadkowie. Obawa, żeby im czegoś nie przywieź jest straszna. Zatem ogłaszamy, że jedziemy się przewietrzyć, oni wtedy zamykają się  w domu. Koszmar. Ale takie są układy. Ja bardzo serio traktuję izolację i chyba bym sobie nie wybaczyła gdybym niechcący i nieświadomie im coś zawlokła. O ile Mama traktuje to ze zrozumieniem, to Tatowi zrozumieć to trudno dlatego byliśmy tam dopiero 3 razy. Muszę jednak znaleźć złoty środek- mam czterolatka, którego w bloku bez balkonu nie da się trzymać bez przerwy miesiąc. Lasy zamknięte, parki też, a po ulicach chodzić głupio i niebezpiecznie.

 O tempora, o mores... (w duszy Rodziców i córki zawyło niejednokrotnie, co niestety było przeze mnie słyszalne i bolało, a czterolatek już nie pyta czy Babcia otworzy-on już to wie)


 No i koty. Koty! W izolacji od 11 lat! Chryste ja dopiero teraz zrozumiałam jakie życie im zafundowałam!


 Może mi to kiedyś wybaczą :)

I jeszcze zaległości virusowe (grrr...)


Powyżej dla Teściowej, poniżej dla Koleżanki


I tak życie sobie płynie... choć:

;)

poniedziałek, 14 października 2019

Wakacyjne podkładki

Ze zwykłego sznurka wędliniarskiego. Jest u nas taki sklep-hurtownia dla osób, które samodzielnie... zwierzęta, nieszczęśliwie umiejscowiony prawie vis a vis mojego mieszkania. Nieszczęśliwie, bo... wiadomo, ale z drugiej strony to może i szczęśliwie. Prawdopodobnie sama z siebie bym tam nigdy nie zaglądnęła i nie znalazłabym fantastycznego sznurka do...makramy! Tak, bo sznurek wędliniarski na pierwszy rzut oka niczym się nie różni. Na drugi już tak, jest sztywniejszy, z tym że jeżeli o mnie chodzi to to jest akurat zaletą. No i ma minus taki, że występuje tylko w kolorze naturalnym.

W wakacje potrzebowałam czegoś małego do dziergania w pociągu. Jechaliśmy pociągiem nocnym z Tarnowa do Świnoujścia z dzieckiem, które spało, więc matka jak to matka, okupowała podłogę (dziecko rozwaliło się na podwójnym siedzeniu) Otóż cóż było robić z tak pięknie zaczętą nocą? Bezsenną, za to w całości poświęconą na hobby?
Podkładki!


Przez cała noc powstało ich tyle, że już następnego dnia posłużyły za prezent dla Rodziny.

W drodze powrotnej powstało drugie tyle, a jeszcze później trzecie tyle ;) gdyż mieliśmy niewątpliwe szczęście rodzinnie wizytować Stolicę.

Teraz już wszyscy Krewni i Znajomi Królika mają takie podkładki. Jednym słowem Susan, podobnie jak Chiny, zalewa kraj (no, no, no! tylko mi tu nie wyjeżdżać z tandetą!) ;) ;) ;)  Żenująca prawda jest taka, że już wcześniej owi "szczęśliwcy" zostali (szczęśliwymi?) posiadaczami, lampioników, kwiatków i dzwonków na choinkę... ;) Naprawdę strach się bać!

Co zrobić. Uwielbiam rozdawać własnoręcznie zrobione rzeczy...
Zatem jeśli kiedykolwiek zaprosicie jakąkolwiek Susan w gości z jakiegokolwiek powodu to bądźcie przygotowani ;)

... (na najgorsze) ;) ...

Za to w drodze powrotnej się jechało i się piło wodę mineralną ;) z takich oto kubeczków:


Bo nie od dziś wiadomo, że najfajniejszą pamiątką znad morza, a tym bardziej ze Świnoujścia, są kubki z Bolesławca ;) 

Tak że ten...

Do następnego (bór wie kiedy!) ;)

Edycja:
To ten sznurek:

To jest taka duża szpula jak połowa sznurka sizalowego.

I robiłam z TEGO filmiku

niedziela, 25 sierpnia 2019

40 lat ma sie raz ;)

Albo i kilka razy, jeśli się jest kobietą ;) Jak mawiała nieodżałowana Maria Czubaszek "Kobieta powinna raz postanowić ile ma lat i się tego trzymać" ;)
A co jak się jest mężczyzną? Ooooo.... no to ho ho! A nawet ho, ho, hooo! Imprezuje się tydzień, a następnych można nie dożyć? (TFU!x3!!!)

No i goście mają wybór. Albo spełnić zachcianki, albo wyśmiać zainteresowania delikwenta ;) Albo i to i to, z czystej sympatii i przyjaźni. Bo przyjaźń to święta rzecz!

No to się pojawiło zamówienie na piwne skarpetki. Pierwowzór został przysłany messengerem i nieco mnie zmroził. JA NIGDY NIE ROBIŁAM SKARPETEK!
Próbowałam wydębić na koleżankach dziergających takoweż, ale nic a nic nie dały się namówić ;)
"Przecież dziergasz, co to dla ciebie?" Tia...
Czas uciekał. Deadline coraz bliżej, a ja w lesie, ba! W Puszczy 'Białowieszczańskiej' prawie! ;) ;) ;)
TYLE RAZY SOBIE OBIECYWAŁAM!!! Dzierganie na zamówienia to nie twoja, Susan, bajka! Ty się nie zgadzaj babo! Głupia babo!!!

Człowiek postawiony pod ścianą z odbezpieczonym pistoletem przyjaźni może wiele...

WYDUSIŁAM je z siebie...

Pierwowzór:


 Wypociny:



 Udręka: (uchwyty)


Ściągacz robiony dookoła sie skręca. Na gładkim wzorze tego tak nie widać.
No to, że inne wyszły widać gołym okiem... Niemniej podobały się zamawiającemu, a przynajmniej tak twierdził ;)
Dziś już imprezowicze wracają po tygodniowej uczcie ;)
Daj Boże szczęśliwie...

P.S. Korzystałam z filmiku instruktażowego Intensywnie Kreatywnej na youtube. Taka genialna, żeby sama z siebie to ja nie jestem ;)

piątek, 26 kwietnia 2019

Co dzis na obiad?

To pytanie spędza(ło) mi sen z powiek. Już nie spędza. Teraz już zawsze będzie co jeść, a i talerze się zbytnio nie zbrudzą ;)


45 pierogów. Różnych. Z serem, ruskich, z mięsem, z kapustą i grzybami. Poje sobie chłop po orce, jak i baba po żniwach, a i dziecku starczy ;) 
A że dietetyka ważna to popcha sałatką. Bogate źródło witamin (nie od dziś wiadomo).


Jeszcze mało? To dopcha kanapeczką. Z dodatków oprócz tego co było oraz sałaty, przybyła szynka wieprzowa i kiełbasa krakowska.


 Co zostanie można poprosić na wynos. Pakujemy w eleganckie kosze. Można poświęcić (się) ;)


Gość w dom- Bóg w dom. Nikt głodny nie wyjdzie ;)
Polska gościnność to dla nas rzecz święta.

Najlepszości, Kochani, i żeby nikt nigdy głodny nie był. Tego Wam życzę z całego serca...