Rok temu w maju wybrałam się z uczniami trzeciej klasy szkoły podstawowej na zieloną szkołę. Okolica piękna, Bałtyk 50 metrów od Domu Wypoczynkowego. Żyć nie umierać, pod warunkiem, ze jest ładna pogoda.
Co jednak jak jej brak?
Ano trzeba wymyslić "Plan B"
Zielona szkoła ma w założeniu nie tylko aktywny wypoczynek w pięknych okolicznociach przyrody, ale i naukę. Proza życia taka jak język polski czy matematyka też niestety muszą jechać. Nauczyciele są w pracy 24 godziny na dobę i trzeba wszystko tak zorganizować, aby i oni mieli choć ze dwie godzinki w ciągu dnia względnego odpoczynku. Zatem jesli pani, nazwijmy ją "A" prowadzi lekcje, pani "B" ma chwile dla siebie. I, jak to się teraz zwykło mawiać " i vice versal".
Co jednak w sytuacji kiedy pani "B" nie jest przedmiotowcem?
Tu wkracza "Plan B"
Bo jesli załózmy weźmiemy panią, nazwijmy ją "Susan", genialną skądinąd bibliotekarkę ;) ;) ;), która chętnie wprowadzi w arkana haftu krzyżykowego a wieczorem poczyta bajeczki to mamy już 2 godziny względnego spokoju oraz "Plan B" w jednym. A pani Susan będzie przeszczęsliwa, ponieważ:
- będzie mogła podziergać,
- będzie mogła o dzierganiu POROZMAWIAĆ,
- a dodatkowo przy dzierganiu bedą jej szumiały morskie fale do ucha, a przecież nie od dzis wiadomo, że pani Susan więcej do szczęscia nie jest potrzebne ;)
Tak sie też stało. Przyjechałysmy do miejsca docelowego w akompaniamencie deszczowych kropel. "Plan B" potrzebny był na przysłowiowy gwałt. Nic trudnego. Już pierwszego wieczora Dzieci pięknie walczyły z nawlekaniem igieł ;)
Jednak pani Susan nie wzieła pod uwagę ilosci kursantów. Było ich 40...
Nie to, żeby brakowało materiałów, czy też, nie daj bóbr, pani Susan sił. O co to to nie! Tylko trzeba było podzielić grupę na przynajmniej 2 i zaangażować wszystkie panie opiekunki. A zatem plan "łatwego" wypoczynku wzięlo w łeb ;)
Zadanie proste nie było, bo z całej 44 osobowej ( z opiekunami) grupy dziergać potrafiła tylko pani Susan... A do wykonania mielismy ambitnie
serce w prezencie na Dzień Matki.
Wszakże "nie takie rzeczy my w Pułtusku", ze tak sparafrazuję ciecia, o pardon, gospodarza domu na jednej z warszawskich ulic. Pani Susan nie jest jakąs leliją co ją byle wicher złamie o nie!
Oto co zobaczyły stęsknione Mamy po powrocie swoich słoneczek jedynych, najukochańszych i w ogóle naj!
Na miejscu tych Mam byłabym autentycznie wzruszona ;)
Mam jeszcze pamiątkowe zdjęcia z wykonawcami, ale uszanuję ich prawo do własnego wizerunku ;)
Przy okazji rozmów przy dzierganiu okazało się, ze chłopczyk (tak, tak, chłopczyk!) ma inny talent, którym sie postanowił podzielić z grupą:
A pani Susan, cóż... kolejny raz stwierdziła, ze jednak jest parę rzeczy, które są ją w stanie zaskoczyć. I nie jest to tylko fakt, ze bardziej chcieli dziergać CHŁOPCY, a dziewczynki chętniej grały w piłkę. Nie zaskoczyło ją rownież to, że mogla czerpać radosć z dzielenia sie z innymi swoja wiedzą dziergaczą, bo to doskonale wiedziała. Zaskoczyło ją kolejny raz piękno polskiego Bałtyku, który tak rzadko widuje.
Po raz kolejny stwierdziła, ze są jeszcze na tym swiecie widoki, dla których warto...
P.S. Po dwóch dniach deszczu i przepieknym sztormie wyszło słońce. "Plan B" mógł pójsć w odstawkę. Ale 90% grupy nie chciało o tym nawet słyszeć. Powiedzieli, że absolutnie połknęli bakcyla i naprawdę CHCĄ! Zatem pozwolę sobie zwiększyć liczbę "zainfekowanych" maniactwem o cirka 30 osób... ;)
Ludzie są jednak nieprzewidywalni ;) i to jest w nich piękne...