Tak... Dopiero teraz powstaje post, który powinien być zamieszczony w styczniu. Niestety, rodzinnie złapaliśmy sue na tzw "Long covid" i chorobom nie było końca. Naprzemiennie, to ja, to syn i mąż. Wprost proporcjonalnie do przechorowanego covidu. Syn przeszedł go prawie bezobjawowo, za to powikłania skończył w piątek (daj Boże!). Ja chorowałam średnio do lekko i ostatnio zapaliło mi się ucho, które mam nadzieję skończyło serię infekcji. Mąż przeszedł covid z nas wszystkich najciężej, za to wyzdrowiał w miarę szybko (nieco ponad miesiąc).
Żeby nie zwariować zaangażowałam się w dzierganie szalika dla WOŚP. Myślałam, że nie dam rady. Byłam słaba i nic mi się nie chciało, jednak szalik dokonał cudu. Do tego stopnia, że rzutem na taśmę powstał drugi.