Moje kolejne spełnione marzenie. Tym razem wreszcie rekodzielnicze :) Co prawda tytuł bloga już nie jest adekwatny do treści tu ostatnio publikowanych, ale! Nie spierajmy się o dyskusje, jak mawiają politycy ;) Jest spełnienie dziergane. Cieszmy się, że treści w ogóle wróciły...
Entrelac.
Zawsze wydawał mi się tak skomplikowany, jak frywolitka, albo nawet koronka klockowa, a okazał się być bułeczką maselkiem niemalże ;) Nauczyłam się go z filmiku z You Tube. To jest kopalnia pomysłów, wraz z instrukcjami, co zrobić i jak, zeby sie udało. Znajomy sobie w domu ułożył panele z yt, inny zrobił wylewke, jeszcze inny naprawiał samochód i też mu się udało. Mnie zdarza, się gotować z yt. No kocham.
Ale wróćmy do ad remu, jak mawiał klasyk.
Nadszedł taki czas w moim życiu, że grupowo, na drugą stronę, zaczęły odchodzić moje koleżanki, ale skumulowaly te swoje wyjazdy w zaświaty w pół roku. Było ich w sumie osiem. To był bardzo trudny czas... Dosłownie co 3-4 tygodnie byłam na pogrzebie kogoś bliskiego.
Potrzebowałam czegoś, co zajmie umysł i, przy okazji, relaksuje. Entrelac był strzałem w dziesiątkę. Nie taki strasznie skomplikowany, ale wymagający skupienia i karności.
Najpierw powstał w kolorach jesieni:
I naprawdę bardzo mi się spodobał. Prawda jest jednak taka, że brąz nie jest moim ulubionym kolorem. Ot, nie wierzyłam, że, się uda i zrobiłam z pierwszej lepszej włóczki, która wpadła mi w ręce.
Drugi był już bardziej przemyślany:
Błękity kocham. Obie te chusty powstawały rok temu, na przestrzeni od marca do czerwca.
Wiem, że entrelakowo nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Polubiliśmy się wzajemnie. I o to chodzi w życiu... zeby się nim cieszyć, jak, nie przymierzając, w tym wierszyku z pamiętnika:
Na górze róże,
Na dole cynie
Lap szczęście za rogi
I duś jak cytrynę.
Bo nie wiadomo kiedy, ktoś przyjdzie i zgasi światło...










