Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Work in nieustający progress ;). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Work in nieustający progress ;). Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 kwietnia 2022

Impreza urodzinowa z prezencikami handmade

Końcem marca mój Syn obchodził szóste urodziny. Ponieważ przez ostatnie dwa lata nie miał żadnej imprezy zorganizowanej (pierwszy i drugi lockdown), a bardzo chciał choć raz mieć urodziny w sali zabaw, to się zmobilizowałam i zorganizowałam. Oczywiście impreza miała być zacna, a dostojny Jubilat miał nielimitowaną listę gości (oj głupia ja). Summa summarum przybyło 13 gości, z różnych kręgów. Część z przedszkola, część z rodziny, część z sąsiedztwa.

Tort zamówiłam w Piekarni Pod Telegrafem. Zamawiam tam od lat i nigdy się nie zawiodłam. Pyszne torty, przepięknie wykonane.


Jubilat nie widział tortu wcześniej i był autentycznie wzruszony :) 

No ale skoro to były urodziny po tak długiej przerwie, to matka-wariatka wpadła na szatański pomysł wydziergania każdemu z gości handmade'owego prezentu w podziękowaniu za przyjście. Ponieważ mój Syn bywał wcześniej na tego typu imprezach, wiedziałam, że jest praktykowany w tym gronie taki zwyczaj.

Na początek pomyślałam, że wydziergam pierogi (najszybciej i najprościej) i popakuję po kilka. Wydziergałam całkiem sporo i poszłam do mojej dziergającej sąsiadki aby pochwalić się koncepcją... (głupia ja!) Zostałam skrytykowana! Bo mało kolorowe! Powinno być pięknie, kolorowo, bo to przecież dzieci! 

Co racja to racja...

Ale jak sobie pomyślałam, co ja takiego kolorowego i pięknego robiłam kiedyś, to zdjęło mnie przerażenie! Ileż to pracy! (razy 13!!!)...

Ale co było robić!? Czas gonił, ambicja wrzeszczała (co? Ty nie dasz rady? TY?). No.... hmm...

Do biegu! Gotowa!? Start!!!  

W tydzień wydziergałam!!!

 Ale dziergałam absolutnie wszędzie i w każdych warunkach. W pekapie głównie, na zebraniach (za torebką ukryta), w poczekalni u lekarza, nocami w domu. Spałam po 4 godziny dziennie (ojjj...strasznie głupia ja...)





Widać, że część nie ma sera żółtego, ale brakło mi włóczki. Brakło mi tez czasu na to, żeby wydziergać rzodkiewki. Szkoda.




Nie zdążyłam  też zrobić napisu w stylu "Dziękuję". Trudno. Uważam, że jak na ten krótki czas i zawirowanie mocne w pracy, tudzież w życiu osobistym, zrobiłam max maksów.  

Impreza była udana i... posypały się zamówienia :)

Jedno się kończy, drugie będzie się dziergać. Kocham!

P.S. No i dzierganie w pekapie na czas świetnie zajmuje głowę. A o to chodziło także.

czwartek, 9 grudnia 2021

Dopadło i nas

 Zachorowaliśmy. Dziecko przyniosło i podarowało mnie. Następnie zachorował mąż... Przechodzimy na całe szczęście dość lekko. Syn już zakończył izolację, moja kończy się jutro. Mąż do 13...

Ojjj... mam mnóstwo przemyśleń i refleksji, w większości gorzkich i przykrych. Nie dziwię się, że ludziska mrą na potęgę. Zostawieni sami sobie. Leczący się jak umieją. Jak nie umieją to liczący na cud. W XXI wieku!!! Po 2 latach pandemii, w Polsce jesteśmy w czarnej d...

No i tyle. Zostawmy temat. W każdym razie zaszczepieni, jak i nie zaszczepieni przechodzą u nas chorobę identycznie. Na cale szczęście jakoś tak w drugim miesiącu pandemii wyłączyłam telewizor i nie miałam pojęcia jak miałam przechodzić chorobę. I to jest wartość dodana.

Najgorsze, że nic się człowiekowi nie chciało. Ani jeść, ani czytać, ani dziergać... No, kochani... tak chora, żeby mi się nawet DZIERGAĆ nie chciało to ja dawno nie byłam ;)

Ale od czego się ma tyły w postach? Mam jeszcze jedną pracę, która co prawa idzie do sprucia, ale z kronikarskiego obowiązku trzeba odnotować na blogu.

Zapragnęłam chusty innym wzorem niż virus... Już nie pamiętam jak ten wzór się nazywa. W każdym razie robiłam ją z You tuba. Nie powiedzieli tam, że strasznie włóczkożerny jest.  No i z dwóch motków wyszła chusta dla pięciolatki z anoreksją ;) A włóczki już nie produkują.




Złej jakości zdjęcia nie pokazują, że ładny wzór i ładnie trzyma linię na brzegu. Bardzo mi się podoba, ale motków na nią trzeba co najmniej cztery. Poza tym, ta konkretna włóczka nie pasuje do tego wzoru. Nie widać w nim jej piękna. A piękna jest naprawdę. Taka jesienna.

W każdym razie jest pierwszy objaw wychodzenia z choroby- kończę dywan do Chaty w Kju. Do pomieszczenia na poddaszu, którego jeszcze nie ma.

No i ubrałam choinkę. Trochę jeszcze na siłę, w chorobie, ale potrzebowałam pozytywów.



Tam za choinką widać kawałek obrazu, który jeszcze czeka na miłosierdzie pańskie mego męża, któren być może kiedyś przywiesi go (albo i nie). Nie będę upierdliwa i nie będę mu co pół roku przypominać... Wezwę "męża na godziny", no takich "niedorób" zebrało się już kilka. W latach podeszły...

Obraz jest autorstwa pani Magdaleny Malczewskiej. Tak, mam świra na punkcie morza. Czekałam na niego niecały rok, a zobaczyłam go na stronie MalczewskaArt na FB.



Tak mi się podoba, że zamówiłam u niej jeszcze jeden. Tym razem morze jest za dnia.


Tu na zdjęciu Autorka razem z zamówionym obrazem. W Chacie w Kju poddasze będzie miało styl marinistyczny. Poczekam znów około roku, być może nieco dłużej.

Tak, już nasłuchałam się o przesądach związanych ze spienioną wodą, że pech i te sprawy. Na całe szczęście nie jestem przesądna, a widok morskiego bezkresu uważam za najpiękniejszy na świecie.

Kochani! Życzę Wam zdrowia... I mam wielką prośbę. Jeśli zachorujecie nie przyjmujcie od razu czarnych scenariuszy. Idzie to przeżyć. Pytajcie codziennie siebie: "no dobra, a tak w skali od 1 do 10?"

Jak sobie porównałam do takich innych moich poprzednich chorób, to nie wychodziło więcej niż 3 (choć strach w tej samej skali zawsze był 9,5...) Strach ma wielkie oczy. Nie poddawajcie się strachowi... 

Do następnego- mam nadzieję wkrótce...



piątek, 19 listopada 2021

Coraz bliżej Święta

 Czas zaiwania tak, że nie ogarniam. Nie ogarniałam też wyzwania, na które w przypływie huraoptymizmu zapisałam się jakiś czas temu. Chciałam... ale jak to wżyciu. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane ;)


 

Niemniej powstało 5 metrów łańcucha na choinkę. Szydełkiem.





Z opalizująca nitką, która na zdjęciach widać słabo. Młyg, młyg na żywo robi lepszy ;)

Powinny powstać jeszcze koła zębate ;) jak to mój Syn nazywa, ale to muszę znów wrócić do pekapu.

Wzór pochodzi z bloga Fascinaty, ale chyba go już nie ma, albo ja źle pamiętam adres. W każdym razie ja już kiedyś robiłam te łańcuchy  i bardzo mi się podobają.  Nie wiem czy przypadkiem ten blog nie był na bloxie.

Tak swoja drogą, niezły mam teraz speed w postach ;) Ale wiecie co? Brakowało mi tego jak diabli!

Dziękuję za to, że jesteście!

środa, 17 listopada 2021

Prezenty dla nowego (życia)

 Kochane,bardzo Wam dziękuję...

Postanowiłam kwarantannę wykorzystać jako czas dla siebie. Dziecko sprzedałam (dobrym ludziom ;)) Tym samym czas od 9.00 do 16.00 jest mój. Ostatnio taki tylko dla siebie miałam 6 lat temu.

Pofotografowałam, choć u nas brudna ściera za oknem. Trudno. Jakoś nigdy nie umiałam w zdjęcia. To wyzwanie na przyszłość.

Dziergałam takie komplety na prezenty dla nowo narodzonych dzieci. Na zamówienia.




Dużo zdjęć, bo dużo dziergałam.







Starałam się dopasować kolory pudełek, ale niebieskich nie było. Jest takie beżowoszare. Bardzo się podobały. Wszystkie, jak leci dziergane w pekapie. Dzierganie w miejscach publicznych uskuteczniam cały czas ;)

I teraz, skąd wzięłam wzory? 

Czapka, buciki i rękawiczki to Wełniany Grajdołek

Ale buciki mogą być też z LaPandy  Nie pamiętam już z którego filmu korzystałam dziergając akurat te. One bardzo podobne są.

Kochani, nafotografowałam tego dobra na cztery posty więc spodziewajcie się teraz posta dzień po dniu.

Do następnego!



Uff...

 Wieki mnie nie było... Bardzo dużo się dzieje dookoła i niekoniecznie są to rzeczy fajne. Konkretnie są właśnie niezbyt fajne.

Dziergam trochę, ale nie mam czasu i ochoty na fotografowanie.

Zniechęcenie. To jest najlepsze słowo, które określa mnie dzisiaj.

Jestem obecnie na kwarantannie, mam zatem czas. Kończę zaległe projekty, mam możliwość, nocami, wreszcie jakoś pomyśleć. A jest o czym, uwierzcie.

Zatem bardzo Was przepraszam za moje milczenie. Powolutku postaram się wychodzić "do ludzi". W sensie oczywiście czysto blogowym. Areszt domowy pozwala tylko na takie. 

Pofotografuję może.

Moja sytuacja rodzinna jest teraz bardzo skomplikowana. Choroby, o których nam się nawet nie śniło, napięta sytuacja wokół, praca, która weszła nam do domu i nie chce odpuścić... Zatem na zasadzie "kup pan kozę", dołączyła do nas Fifi Demolka.


 
Fifi nijak nie idzie zrobić normalnego zdjęcia. Nie dość, że jest czarna, to jest żywą iskierką. Jak już żywcem nic się nie dzieje, to kręci młynki. Nie ma nudy :) ale dzięki Niej jeszcze wszyscy nie zwariowaliśmy. Fifi, nazywana Fifką (lubi zjadać pety z chodnika! Ludzie, jak jej tego oduczyc!?) jest kundelkiem, ale gdzieś, kiedyś jej przodkiem był rodowodowy sznaucer miniaturowy. Dawno i nieprawda ;) ale coś na rzeczy jest bo Fifcia jest kobietą z brodą ;) Ma teraz niespełna cztery miesiące, dołączyła do nas 3 października. Jest szorstkowłosa.


Szturmem zawojowała nasze serca. Gorzej z kotami... Mamy teraz wojny podjazdowe i ...nie ma nudy :) Nie ma też porządku w domu ;) Cóż.
 
Co do dziergania, to w domu nie mam szans. Praca z dojazdami, Dziecko, Zwierzęta i Tato z demencją, skutecznie zajmują mi czas. Jak wszyscy pójdą spać, ja przypominam już zombie. Jedyne na co mnie wtedy stać to rozwieszenie prania i posprawdzanie czy wszystko jest powyłączane. Dzień zaczynam o 4:30. Dziergam w pekapie.


I najważniejsza rzecz, o której zapomniałam już dawno. Ja. W tym całym szaleństwie gdzieś się zgubiłam. Dalej jestem ja-matka, ja-córka, ja-żona, ja-pracownik. A nie ma mnie-mnie. Dopiero jak przestałam dziergać, w natłoku spraw, zorientowałam się jak ważnym elementem w moim życiu było właśnie ono. Dlatego, jak zobaczyłam ten kubek w Pepco, stwierdziłam,że muszę go mieć.
 
 


Muszę siebie odnaleźć. Jeszcze nie teraz. To jest plan na przyszłą jesień najwcześniej.

Dalej remontuję Chatę w Kju. Dół już jest praktycznie ogarnięty. Na górze jest jeden malutki pokoik i dwa małe strychy. Pokoik jest już po remoncie i jest prawie umeblowany. Ze strychów, jak Bór da, zimą powstaną dwa pokoje. Do ogarnięcia zostanie klatka schodowa i elewacja zewnętrzna. Marzy mi sie taras, ale czasy idą takie, że boję się marzyć. Zobaczymy. Nie planuję- carpe diem. Uda się, to fajnie.

Trzymajcie się Kochani i do następnego!



czwartek, 25 lutego 2021

Dzieje się

 na różnych frontach. 

Ze strony budowlanej trwa remont kapitalny Chaty w Kju! Oszalałam... Pandemia walnęła mi na mózg ;) Absolutnie!

Zdjęć "przed"nie będzie. Zdjęcia "po" będą pojawiać się systematycznie w późniejszym terminie. Przewidywalny termin końca przebudowy to koniec marca, początek kwietnia.

Ale to jest przedsięwzięcie!... Zastanawiam się z którego piętra skoczyłam, że się tego w ogóle podjęłam...

Ze strony "dzierganej" również dużo się dzieje ale z przyczyn "ze względu na wzgląd", głównie zamówienia.

Pierwsze to zamówienie na pomoce naukowe do przedszkola, dziergane z głowy, czyli z niczego ;)


Drugie, to czapki i komplety niemowlęce. Inspiracja z Internetu, bodaj LaPanda, a większe to już kombinacje własne.


W tej chwili dzierga się identyczna tylko na roczne dziecko. Ponieważ wszystko z tej samej włóczki więc nie będę Was zarzucać zdjęciami. Tu mniejsza dla noworodka, większa dla niemowlęcia (ok 3 miesiące).

Trzecie, to zamówienie na chustę Baktus, dzierganą od dołu. W trakcie realizacji.

Sama nie wiem kiedy na to wszystko znajduję czas. Do tej pory byłam przekonana, że igły w swój plan dnia nie wcisnę ;) a tu proszę. Ale dobrze. Bardzo się cieszę! Chata w Kju potrzebowała pogłaskania i zaopiekowania. Zamierzam zresztą spędzić w niej emeryturę (a najpierw jakimś cudem do niej dożyć).

Dziergam już absolutnie wszędzie ;) więc jak się pojawię w jakimś viralu internetowym jak pewien Pan w rękawiczkach, to się nie zdziwię ;) 

Na całe szczęście są tacy, którzy podjęli się trudnej sztuki odpoczywania za mnie...



 

Oczywiście NA STOLE! Bo wiadomo, że jak  Pańci nie ma to koty harcują ;)

Bo KIEDYŚ to na stole takie rzeczy się poniewierały ;)


A teraz to już tylko koty...

Do następnego!

P.S. Skrzypcio dziękuje za kciukasy! Rana się zagoiła i póki co nie zgłasza kolejnych problemów... (tfu!Tfu! Na psa urok!)

wtorek, 12 stycznia 2021

Nowy Rok, nowy post

Nowe życie ;) 

Nie, nie u mnie. Za stara już jestem na takie atrakcje ;)

Ale z rozpędu, jako że nitki zostało to powstał komplecik:


Sprzeda się, to się sprzeda. Nie sprzeda się? To się nie sprzeda. Z potrzeby serca powstał, żeby sobie utrwalić technikę. Powstanie jeszcze miętowy ale nie wiem kiedy, bo się inne zobowiązania nawarstwiły- nie dziergane.

Z tej włóczki powstanie jeszcze komin i czapka dla Syna. Kiedyś.

Kochani! Mało pisałam w ubiegłym roku i to nie było dobre. Nowy rok- nowe postanowienia- nowa energia (oby nie w gwizdek). Ale może już dość leżenia na kanapie... Do roboty czas!

Najlepszości wszelakiej na ten nowy rok dla Was!

czwartek, 31 grudnia 2020

Ostatnie prace, podsumowanie i życzenia

 Nigdy nie sądziłam, że to powiem ale...chyba lubię wyzwania. 

Pojawiło się kolejne zamówienie. Najpierw ogarnęło mnie totalne przerażenie! Czapki nie dziergałam nigdy! A tym bardziej kompletu dla niemowlaka...

Czapka  miała być z gatunku "zwyklak" dla Mamy maluszka. Poprzednia już leciwa, a nowych takich już nie kupi. No to powstała, dziergałam ją na tzw intuicję kobiecą. Za nic nie potrafiłam rozliczyć początkowych oczek... Ale wyszła idealna! I Mamie maluszka jest w niej cudownie! Czego nie mogłam powiedzieć o sobie jak ją przymierzałam na wielkość ;)


Naoglądałam się przy tym filmików na YT od groma. I na jednym pani mówiła: nabierz 60 oczek. Na drugim: nabierz 96 oczek. Na trzecim (czapka dziergana na skos) nabierz 40 oczek... Metodą na ślepo nabrałam 88, bo skończyła się nitka dodatkowa. I w punkt! Bo 88 było idealnie. Dziergana z włóczki Merino.

Następny był komplecik dla Jej Synka. Tu z pomocą przyszła LaPanda (czapeczka) i Wełniany Grajdołek (rękawiczki). Nie byłabym sobą gdybym czegoś nie pozmieniała. Ale wyszło!


Również włóczka Merino

No i rok się był prawie skończył... Jaki był? Wszędzie wszyscy krzyczą, że najgorszy. Ja też początkowo porwałam się tej tragicznej retoryce ale potem pomyślałam, policzyłam i wyszło mi, że całkiem całkiem. A nawet nie najgorszy był to rok. Może nawet dobry był....

A dlaczego? Otóż:

  • 12 wydzierganych chust szydełkiem,
  •  ponad 100 uszytych maseczek,
  •  8 szydełkowych podkładek na stół do Kju,
  •  6 wymienionych okien w Kju, w tym 4 tarasowe,
  •  4 pary niemowlęcych bucików na drutach,
  •  2 czapki na drutach,
  •  para rękawiczek na drutach,
  •  1 domek drewniany dla Synka,
  • 1 huśtawka ogrodowa do Kju, drewniana
  • nowe meble w łazience,
  • nowe meble w "gabinecie",
  • nowe łóżko dla Synka
  • remont w kuchni- zamontowanie zmywarki i przeróbka mebli.

Ponadto był to rok spędzony z rodziną. BEZ rozwodu, BEZ wyrzucania nikogo/niczego przez okno. BEZ skakania z nadmiaru rodzinnego szczęścia z balkonu. SUKCES! Bo niejednokrotnie aż się prosiło ;)

No i BEZ koronawirusa. Chyba, że nie wiemy, bo był skąpoobjawowy. Coś nas tam troszkę toczyło ale nienachalnie więc pewności 100 procentowej nie ma.

Był to rok, który dał w cztery litery okrutnie ale dał też bezcenny dar- CZAS. 

Czas z rodziną, czas strachu, czas niepewności, czas pustki i wypełnienia. Czas, który widziany jest dopiero z perspektywy (czasu;)). Dziwny czas. Bezcenny czas. 

Czy twórczy? To już zależy od każdego osobiście. Dla mnie tak. I tego WAM życzę. CZASU. Wykorzystajcie go mądrze.

Do następnego! (oby!)


P.S. Dla niewtajemniczonych: Kju, to odziedziczona przeze mnie działka z domem po Babci. Nie mieszkam tam więc jest to głównie zachwaszczona działka i zaniedbany dom. Do czasu. Tak- tego czasu- bo właśnie zaczęłam ten stan rzeczy zmieniać... Kiedyś będzie tam Kew Gardens ;) teraz jest tam po prostu Kju.

poniedziałek, 28 września 2020

Nowy DOM(ek)

 

W naszym mieszkaniu rewolucja.

W Chacie w Kju rewolucja.

Jednym słowem Chaos. Na początku zwykł bywać ale potem ponoć zapanuje ład i wieczna szczęśliwość ;)

Oprócz totalnej demolki i generalnej zmiany dekoracji, która jest spełnieniem MOICH marzeń, zdarza mi się również spełniać marzenie INNYCH ;)

Na przykład marzenia o DOMU.

"Mamusiu, zbudujesz mi DOM" "Zbuduję Synku, najpiękniejszy na jaki mnie stać" ...

Prezentowane niżej zdjęcie jest placem budowy, bo dekoracje są w trakcie. Możliwe, że pojawią się dopiero w przyszłym roku, bo muszę się teraz skupić na tzw "prawdziwym życiu".


 


Jest mały ale matka do środka wejdzie i się nawet bez problemu wyprostuje ;) Ojciec w 90%. Ale wszak nie dla nas to cudo, a dla naszego Skarba. A Skarb zachwycony!

"Mamusiu, a ten DOM jest całkowicie MÓJ?"

"Tak Kochanie"

"I mogę tu zapraszać PRZYJACIÓŁ?"

"Tak Słonko"

I Przyjaciele na plac budowy przybyli :)

W związku z wizytą demolka jakby większa ;)

Jest dobrze.


poniedziałek, 25 lutego 2019

O wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkanocy?

Ta mała zmiana czyni wielką różnicę ;) Wiadomo przecież, że w sensie religijnym to Wielkanoc jest ważniejsza. No właśnie ale rękodzielnicy i handlowcy oszaleli i nade wszystko stroją Boże Narodzenie. Bo wdzięczniejsze, bo po ciemku, bo tak ;)
Wielkanoc to wiosna i powodów do radości zbyt wiele, żeby jeszcze dziergać, choć oczywiście się dzierga ale mniej i jakoś tak z jajem ;)

U nas zimą same imieniny i urodziny. Na prezenty można zbankrutować, zatem tradycyjnie u mnie część dzierganych.
Dla bratowej męża, wielbicielki fioletowej choinki, powstały dzwonki z bawełny:


 Potem kwiatki:


 Ogólnie prezent trafiony :)


Ale ponieważ mnie też się bardzo spodobały zrobiłam sobie czerwone. Przydały się szybko, bo Synek złapał za światełka i pobiegł. Choinka pobiegła za nim, ale że słabo biega to się zasapała i rozczłonkowała na milion kawałeczków... Szybciutko musiały powstać nowe ozdoby.





Nie powiem żebym się jakoś specjalnie zmartwiła ;) Lubię dziergać ozdoby więc dla mnie to przyjemność, a te które przepadły nieco się już opatrzyły. Teoretycznie dziergałam sobie powoli bo chciałam ubrać na czerwono za rok... Cóż, cieszyliśmy się czerwienią wcześniej ;)

No i ciasteczka orkiszowe, nasze nowe uzależnienie ;) Pychotka!