Ten post napisałam zaraz po powrocie z urlopu, jednak złosliwosć aparatu który nie chcial oddac zdjęć i późniejsze wydarzenia spowodowały, że publikuję go dopiero teraz.
Urlop był krótki, jak to urlopy mają w zwyczaju ;) Ile by nie trwał zawsze będzie krotki. Zaplanowany był co do najmniejszego szczegółu ale jak to w życiu bywa… hmm… pogoda popsuła szyki.
Plan był taki: 4 dni Władysławowo, potem Kołobrzeg i Ogrody w Dobrzycy, potem odwiedziny Rodziny w okolicach Świnoujścia.
Władysławowo było strzałem w 10. Pogoda jak drut! Kobiety lubią brąz i kobiety miały brąz, a nawet czerwień i inne odcienie pośrednie ;) Trzeciego dnia wybraliśmy się z mężem rowerami do Helu… jakieś 40 km bo jeszcze kręciliśmy się po okolicy… Okolice przepiękne! Wzdłuż całego Półwyspu Helskiego jest ścieżka rowerowa i jedzie się jak po masełku brzegiem morza! Bajka! Niestety dla kogoś takiego jak ja, mającego siedzący tryb pracy… hmmm… dość powiedzieć, że okolice „okołopupia” … no cóż… Ale warto było ;) Jednak z powrotem wróciliśmy Pekapem nie wiedzieć czemu ;)
Nadmorski Park Krajobrazowy zaliczam na poczet odfajkowanych:

Następnego dnia zachmurzyło się i trochę popadało. Wprowadziłam w życie „Plan B”. Jak pisałam zabrałam ze sobą parę rozgrzebanych haftów. Zatem „Wiosna” Alfonsa Muchy doczekała się backstich’y:

Następnego dnia w planie była teleportacja do Kołobrzegu i dalej do Hortulus w Dobrzycy. W tym momencie diabeł ogonem nasz urlop nakrył!!! Od tego momentu wszystkie plany jeden po drugim brały w łeb! O jaka ja byłam nieszczęśliwa!!!
Otóż zaraz jak wyjechaliśmy z Władysławowa do Gdyni otwarło się niebo i wylało cała wodę jaką w sobie miało… Lało całą drogę z Gdyni do Kołobrzegu. I to lało tak potężnie i wiało tak okrutnie, ze łamało drzewa… Nawet w Wiadomościach o tym mówili. Jasny szlag! Nie tracąc nadziei, z duszą na ramieniu jednak przedostaliśmy się do Dobrzycy. Dostać się tam… no cóż bardzo trudno jest jak się nie ma własnego środka transportu i tylko liczy na publiczny. A liczyć na publiczny musieliśmy, gdyż 2 dni przed wyjazdem jakiś pan oślepiony słońcem wjechał nam w diup.
Dojechaliśmy. Weszliśmy do sklepu zaopatrzyliśmy się w płaszcze przeciwdeszczowe a tu zonk!!! Ogrody zamknięte z powodu zalania!!! Ogród japoński a w zasadzie oczko wystąpiło z brzegów! Jasny szlag!!!
Co ja się naprosiłam tych ludzi :
- biorąc na litość (taki szmat drogi przebyliśmy)
- oraz podstępem (zakupimy u Państwa kalosze w cenie bardzo drastycznej)
- znowu litością (napiszemy oświadczenie, ze wchodzimy na własną odpowiedzialność a jak się utopimy zrezygnujemy z odszkodowania ;) )
Jedyne ustępstwo na jakie poszli to pozwolili obejść naokoło i porobić kilka zdjęć przez szpary w ogrodzeniach… Dali nam także pana anioła stróża, który pilnował, żebyśmy jednak się nie pomylili i nie weszli przez czysty przypadek, no bo przecież nie specjalnie ;) ;) ;)
Opłakane (bardzo dosłownie) efekty tego spaceru widać poniżej :





A mnie, tak samo jak i Wam, pozostaje tylko spacer wirtualny
No chyba, że ktoś poczuł się w jakiś sposób zachęcony i zapragnie pojechać. Trudno powiedzieć czy polecam (buuu!) ale z tendencją na „tak”. Ja w każdym razie kiedyś je zobaczę (cholera jasna!)
Tego samego dnia przedostaliśmy się w okolice Świnoujścia. Następnego dnia pogoda jak drut!!! Holender jasny złośliwy jeden!!! Słoneczko, fakt, że i wiaterek ale jednak NIE padało!!! Podłość (ludzka?) nie zna granic!
Na znak protestu wcielałam w życie drugą część „Planu B”.
„Jesień” Alfonsa Muchy doczekała się backstich’y:

Tym samym wszystkie Cztery Pory Roku czekają na wypranie i oprawców.
Potem pospacerowalismy troszkę po Puszczy Goleniowskiej
Reszta w następnym poście.












