Mój Boże, co to był za maraton!
Ale warto było. Jest pięknie. Rodzice zadowoleni, a to najważniejsze. Powoli wracam do dziergania.
Mój Boże, co to był za maraton!
Ale warto było. Jest pięknie. Rodzice zadowoleni, a to najważniejsze. Powoli wracam do dziergania.
Idealne na czas, kiedy głowa musi pracować, ale nerwica nie pozwala usiedzieć bezczynnie. Bardzo lubię ten wzór:
Powstały dwie. Pierwsza sprzedała się w pociągu jeszcze na etapie powstawania :)
Ot, cała moja technika i metoda sprzedaży ;) Dziergam publicznie, najczęściej w pociągu. Ludziom przed oczami macham pięknymi rzeczami ;) Zamknięci przez godzinę w jednym pomieszczeniu, bombardowani podprogowo, nie mają większego wyjścia, jak kupić ;) To żarcik oczywiście, choć jak w każdym żarcie jest tam procent prawdy :)
Pozdrawiam Was serdecznie!
Remontami....
W wersji "hard" ;)
Oraz wybieraniem: kaloryferow, paneli, gresu, fug, klejów, drzwi, lamp, kontaktów, włącznikow... Itd, itp. A najlepsze w tym jest to, że to nie mój remont i nie moje wnętrza. Remont robią rodzice.
Jest światełko w tunelu. Dzierga się. Zaangażowałam się w dwa CALe na Fb, ale o tym w następnych postach
Uff... Długo mnie tu nie było. Długo by też tłumaczyć dlaczego. 2022 rok przeczołgał okrutnie, a 2023 nie ma lepszych wieści. No, ale do przodu trzeba...
Wbrew wszystkiemu dość sporo powstało, między innymi chusta, która była wyzwaniem. Robiona na zamówienie, z filmu na YouTube. Lymantria, bo o niej mowa:
Jak już pisałam jakiś czas temu- dziergam w pociągu. Ma to niewątpliwe plusy, ale i minusy. Plusem są zamówienia- otóż pojawiają się jak grzyby po deszczu. To bardzo dobrze, teraz bardzo mi tego potrzeba.
Pewna, Pani- wielbicielka ciepła i wszelkiej maści szalików i otulaczy, zamówiła u mnie mega giga szalik: 35 cm. na 2,5 metra, wzorem półpatentowym.
Nasz klient, nasz pan :)
Pani nie lubi czapek, zatem zaproponowałam, że do kompletu zrobię opaskę.
Komplet bardzo się spodobał. Robiłam z włóczki Yarn art Everest! Wspaniała!
Tak się Pani spodobała, że zamówiła jeszcze jeden taki komplet, z odbiorem we wrześniu.
Powiem Wam, że do tej pory bardzo nie lubiłam dziergac na zamówienie. Bałam się. Miałam mnóstwo obiekcji. I tak kroczek po kroczku, zamówienie po zamówieniu, nabieram odwagi.
Czasem nawet wdzięczna jestem za te parę złotych, które wpadają od czasu do czasu.
A, że talentem trzeba się dzielić, to przekazałam też kilka moich wytworów na kiermasz charytatywny:
Czy zatem są jakieś minusy? Chyba nie... ;) jestem już w takim wieku, w którym pobłażliwych spojrzeń nie zauważam ;)
W każdym razie pojawiło się jeszcze zamówienie na chustę. W tle majaczy też sweter. Niech się darzy...
Nauczyłam się też dziergac entrelac. Powstaje już druga chusta. To wynik potrzeby zajęcia głowy, żeby nie zwariować. W ostatnim czasie odeszło kilka moich koleżanek. Jakieś fatum chyba. W każdym razie strach się bać...
W każdym razie, parafrazując klasyka, spieszmy się nosić szaliki, tak szybko przestają być potrzebne...
Do następnego, kochani! I zdrowia...
Końcem marca mój Syn obchodził szóste urodziny. Ponieważ przez ostatnie dwa lata nie miał żadnej imprezy zorganizowanej (pierwszy i drugi lockdown), a bardzo chciał choć raz mieć urodziny w sali zabaw, to się zmobilizowałam i zorganizowałam. Oczywiście impreza miała być zacna, a dostojny Jubilat miał nielimitowaną listę gości (oj głupia ja). Summa summarum przybyło 13 gości, z różnych kręgów. Część z przedszkola, część z rodziny, część z sąsiedztwa.
Tort zamówiłam w Piekarni Pod Telegrafem. Zamawiam tam od lat i nigdy się nie zawiodłam. Pyszne torty, przepięknie wykonane.
Jubilat nie widział tortu wcześniej i był autentycznie wzruszony :)
No ale skoro to były urodziny po tak długiej przerwie, to matka-wariatka wpadła na szatański pomysł wydziergania każdemu z gości handmade'owego prezentu w podziękowaniu za przyjście. Ponieważ mój Syn bywał wcześniej na tego typu imprezach, wiedziałam, że jest praktykowany w tym gronie taki zwyczaj.
Na początek pomyślałam, że wydziergam pierogi (najszybciej i najprościej) i popakuję po kilka. Wydziergałam całkiem sporo i poszłam do mojej dziergającej sąsiadki aby pochwalić się koncepcją... (głupia ja!) Zostałam skrytykowana! Bo mało kolorowe! Powinno być pięknie, kolorowo, bo to przecież dzieci!
Co racja to racja...
Ale jak sobie pomyślałam, co ja takiego kolorowego i pięknego robiłam kiedyś, to zdjęło mnie przerażenie! Ileż to pracy! (razy 13!!!)...
Ale co było robić!? Czas gonił, ambicja wrzeszczała (co? Ty nie dasz rady? TY?). No.... hmm...
Do biegu! Gotowa!? Start!!!
W tydzień wydziergałam!!!
Ale dziergałam absolutnie wszędzie i w każdych warunkach. W pekapie głównie, na zebraniach (za torebką ukryta), w poczekalni u lekarza, nocami w domu. Spałam po 4 godziny dziennie (ojjj...strasznie głupia ja...)
Widać, że część nie ma sera żółtego, ale brakło mi włóczki. Brakło mi tez czasu na to, żeby wydziergać rzodkiewki. Szkoda.
Nie zdążyłam też zrobić napisu w stylu "Dziękuję". Trudno. Uważam, że jak na ten krótki czas i zawirowanie mocne w pracy, tudzież w życiu osobistym, zrobiłam max maksów.
Impreza była udana i... posypały się zamówienia :)
Jedno się kończy, drugie będzie się dziergać. Kocham!
P.S. No i dzierganie w pekapie na czas świetnie zajmuje głowę. A o to chodziło także.