Do roboty poszłam już 25 maja! Z radością i śpiewem na ustach, choć z obawą w sercu.
Tak mi się chciało do tej roboty, że sobie sprawy nie zdajecie!
Śniłam już o niej ;) Serio!
No to poszłam.
Jechałam puściuteńkim pociągiem.
I tu serducho waliło jak wściekłe, bo jakoś mi się wydawało, że cały świat już wrócił tylko nie ja. A tutaj okazało się, że świat siedzi w lockdownie a ja jak głupek jadę do roboty...
Przylazłam do tej roboty i na dzień dobry czekał na mnie uniform roboczy:
I tu już serducho piknęło, bo cholera jasna! O co c'man!
No i już wyjaśniam dlaczego "do roboty", a nie "do pracy". Otóż: do pracy się chodzi od-do, robi swoje i wychodzi. A do roboty?
Jak praca odłogiem leżała ponad 2 miesiące to się jej nazbierało i zamieniła się w robotę. W dodatku ciężką, fizyczną. Bo o ile papierkową nadrobiłam podczas zdalnej na 2 lata do przodu, to fizyczna się zbierała. W bibliotece szkolnej to np zwroty książek i podręczników. W jednej z największych w Polsce pracuję, więc uwierzcie...było co robić. Dodatkowo z roboty nie wyjdziesz tak ot. Z roboty wyjdziesz jak ją nadrobisz na tyle, że dasz radę się zmieścić w terminarzu pracy szkoły. A miesiąc to moi drodzy tak jak jeden dzień. Zatem siedziałyśmy we trzy i zaiwaniałyśmy dwunastki.
Po tygodniu takiej pracy zapragnęłam lockdownu...
Wszystkie kosteczki mnie bolały! Na domiar złego wysiadło mi biodro! A tu zwroty w rozkwicie, noszenie siat z podręcznikami, zsyłka do innej szkoły do komisji egzaminacyjnej- 3 dni ostrej orki tu i tam. Zdalne rady, które protokołowałam nocami... LOCKDOWN WRÓÓÓÓĆĆĆ!!!
Żeby całkiem nie zgłupieć, to w przerwach sobie podziergiwałam. Trudno powiedzieć "dziergałam", ponieważ to było takie cyknięcie szydełkiem zaledwie. Ale coś tam powstawało.
Na nic ambitniejszego nie było mnie stać. Ale zrobiłam.
Dałam drugie życie pewnemu swetrowi z włóczki tasiemkowej, którego kupiłam za złotówkę. Pomyliłam się w kolorze. Chciałam włóczkę seledynową- i tak też wyglądała w szmateksie, w świetle świetlówki. Po wyjściu, w świetle słonecznym okazała się być musztardowa. Musztardowa mi nijak do niczego potrzebna nie była... Ale, że nie lubię wyrzucać niepotrzebnie to sprułam i nabierała mocy prawnej. Po namyśle padło na podkładki.
Na zdjęciu jest ich 7 ale potem okazało się, że jest ich 8. Wyrobiłam wszystkie motki. Na pierwszym zdjęciu widać, że wcześniej był tam taki brzydki, kupny obrusik, który nota bene z jednej strony zaczynał się pruć. Podkładki będą dobrą alternatywą. A 8 to idealna liczba, bo tyle mam krzeseł i tyle osób mieści aktualny stół w altanie w Kju. Krzesła są stare i jak najbardziej będą wymieniane. Stół jest kompletem od ławki, która stoi w innym miejscu. KIEDYŚ będzie tu inaczej ale KIEDY? Uwidim. Póki co "poseka, poseka" (znacie ten skecz
"Pralecka"?- to stąd mamy towarzyski gryps "poseka, poseka- poseka poseka!). ;)
W tle nasza pierwsza huśtawka, która aż prosi "wyrzuć mnie! Wyrzuć proszę!" ;) ale jak wiadomo ja wyrzucam w ostateczności ;)
Zapragnęłam chleba własnej roboty (roboty!) ale zanim wcieliłam w życie pomysł- zakwas był spleśniał... Taka ze mnie Perfekcyjna Pani Domu!
Niemniej sukces osiągnęłam, bo to trzecie podejście do zakwasu. Ten przynajmniej zdążył się zrobić zanim spleśniał ;) poprzednie nawet nie podjęły tematu ;)
No i kochani! Są (podobno) wakacje! Ktokolwiek je widział, ktokolwiek o nich wie? Bo ja nie... Dalej chodzę do roboty...
Ale dzierga się! A nawet już wydziergało. Zatem do następnego!