poniedziałek, 27 lipca 2020

Chusty...czy ktoś ma na nie jeszcze siłę?...

Doszłam do chuścianej ściany- już chyba żadnej nie popełnię. Virus mnie pokonał ;)

Ostatnie dwie:
Pierwsza, z Flowersa (254), dla mnie:


A druga, z Kokonków (A274), na prezent:


No i klasyka gatunku- nowy interfejs bloggera... nie wiem gdzie się powiększa, bo tam gdzie powiększam (+), bardzo pogarsza się jakość zdjęć. O, jak ja nie cierpię nowych interfejsów czegokolwiek!!!

Czy Wy też macie wrażenie, że czas okrutnie przyspieszył? A przecież kwarantanna, stan epidemiczny, a tu wyścig jak na Wielkiej Pardubickiej! Ani się spostrzegłam jak połowa wakacji przemknęła. Mam wrażenie, że ludzie wypuszczeni z domów chcą wszystkiego szybciej, więcej, dalej.

Straszne.

Jakby się bali, że w każdej chwili mogą ich zamknąć znowu. Że jesień jest niewiadomą, a jak już umierać, to przynajmniej jeszcze raz morze/góry/mazury zobaczyć...

Mam ostatnio takie sny, że ze strachu nie wiem gdzie się schować.

I z tego wszystkiego chyba zacznę kończyć UFOki.

Pozdroofka, Kochani...



środa, 1 lipca 2020

Do roboty!

Do roboty poszłam już 25 maja! Z radością i śpiewem na ustach, choć z obawą w sercu.
Tak mi się chciało do tej roboty, że sobie sprawy nie zdajecie!
Śniłam już o niej ;) Serio!

No to poszłam.
Jechałam puściuteńkim pociągiem.
I tu serducho waliło jak wściekłe, bo jakoś mi się wydawało, że cały świat już wrócił tylko nie ja. A tutaj okazało się, że świat siedzi w lockdownie a ja jak głupek jadę do roboty...

Przylazłam do tej roboty i na dzień dobry czekał na mnie uniform roboczy:
I tu już serducho piknęło, bo cholera jasna! O co c'man!

No i już wyjaśniam dlaczego "do roboty", a nie "do pracy". Otóż: do pracy się chodzi od-do, robi swoje i wychodzi. A do roboty?
Jak praca odłogiem leżała ponad 2 miesiące to się jej nazbierało i zamieniła się w robotę. W dodatku ciężką, fizyczną. Bo o ile papierkową nadrobiłam podczas zdalnej na 2 lata do przodu, to fizyczna się zbierała. W bibliotece szkolnej to np zwroty książek i podręczników. W jednej z największych w Polsce pracuję, więc uwierzcie...było co robić. Dodatkowo z roboty nie wyjdziesz tak ot. Z roboty wyjdziesz jak ją nadrobisz na tyle, że dasz radę się zmieścić w terminarzu pracy szkoły. A miesiąc to moi drodzy tak jak jeden dzień. Zatem siedziałyśmy we trzy i zaiwaniałyśmy dwunastki.

Po tygodniu takiej pracy zapragnęłam lockdownu...

Wszystkie kosteczki mnie bolały! Na domiar złego wysiadło mi biodro! A tu zwroty w rozkwicie, noszenie siat z podręcznikami, zsyłka do innej szkoły do komisji egzaminacyjnej- 3 dni ostrej orki tu i tam. Zdalne rady, które protokołowałam nocami... LOCKDOWN WRÓÓÓÓĆĆĆ!!!

Żeby całkiem nie zgłupieć, to w przerwach sobie podziergiwałam. Trudno powiedzieć "dziergałam", ponieważ to było takie cyknięcie szydełkiem zaledwie. Ale coś tam powstawało.

Na nic ambitniejszego nie było mnie stać. Ale zrobiłam.

Dałam drugie życie pewnemu swetrowi z włóczki tasiemkowej, którego kupiłam za złotówkę. Pomyliłam się w kolorze. Chciałam włóczkę seledynową- i tak też wyglądała w szmateksie, w świetle świetlówki. Po wyjściu, w świetle słonecznym okazała się być musztardowa. Musztardowa mi nijak do niczego potrzebna nie była... Ale, że nie lubię wyrzucać niepotrzebnie to sprułam i nabierała mocy prawnej. Po namyśle padło na podkładki.


Na zdjęciu jest ich 7 ale potem okazało się, że jest ich 8. Wyrobiłam wszystkie motki. Na pierwszym zdjęciu widać, że wcześniej był tam taki brzydki, kupny obrusik, który nota bene z jednej strony zaczynał się pruć. Podkładki będą dobrą alternatywą. A 8 to idealna liczba, bo tyle mam krzeseł i tyle osób mieści aktualny stół w altanie w Kju. Krzesła są stare i jak najbardziej będą wymieniane. Stół jest kompletem od ławki, która stoi w innym miejscu. KIEDYŚ będzie tu inaczej ale KIEDY? Uwidim. Póki co "poseka, poseka" (znacie ten skecz "Pralecka"?- to stąd mamy towarzyski gryps "poseka, poseka- poseka poseka!). ;)


W tle nasza pierwsza huśtawka, która aż prosi "wyrzuć mnie! Wyrzuć proszę!" ;) ale jak wiadomo ja  wyrzucam w ostateczności ;)


Zapragnęłam chleba własnej roboty (roboty!) ale zanim wcieliłam w życie pomysł- zakwas był spleśniał... Taka ze mnie Perfekcyjna Pani Domu!
Niemniej sukces osiągnęłam, bo to trzecie podejście do zakwasu. Ten przynajmniej zdążył się zrobić zanim spleśniał ;) poprzednie nawet nie podjęły tematu ;)


No i kochani! Są (podobno) wakacje! Ktokolwiek je widział, ktokolwiek o nich wie? Bo ja nie... Dalej chodzę do roboty...
Ale dzierga się! A nawet już wydziergało. Zatem do następnego!

środa, 6 maja 2020

#zostań domu

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać...

Dobra- miesiąc siedziałam kamieniem i rodziny nie wypuszczałam nawet ze śmieciami ;) Serio.
Po miesiącu zauważyłam, że sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. Praca zdalna dawała popalić. Dziecko dziczało, chłop odbijał się od ściany do ściany, a i ja częściej niż zwykle podnosiłam głos...
Niedasię, psze państwa, niedasię.

Wena do dziergania przepadła.
Wena do czytania przepadła.
Wena do bajek na nick jr. (bez komentarza).
Bywało, że wychodziliśmy do lasu. Zamknęli. 
Bywało, że jeździliśmy do Kju pobiegać po podwórku. 
Bywało, że siadałam i chciałam podziergać, poczytać...cokolwiek. Nic z tego nie wynikało.

Wreszcie usiedliśmy rodzinnie i postanowiliśmy co następuje: Jak nas koronawirus nie zabije- rychło się i tak pozabijamy wzajemnie. Trza wyjść. Trza żyć. Z zachowaniem oczywiście wszelkich zasad bezpieczeństwa i higieny. Nie codziennie i nie wszędzie ale jednak.

Wyszliśmy.
Przeczytałam jednym cięgiem całą książkę.

Wyszliśmy. 
Podziergałam. Wyszło to:


 Uwielbiam ten wzór. Kiedyś już wydziergałam nim chodniczek łazienkowy. To też jest chodniczek łazienkowy. Ma 80 cm. średnicy. Wykorzystałam grubą włóczkę tasiemkową ze swetra za złotówkę.

Wyszliśmy.
Wreszcie przyszła chęć na eksperymenty. Wyszła pascha wielkanocna. Jakoś na Święta się nie złożyło- nie chciałam biegać po składniki niepotrzebnie narażając siebie i rodzinę.
Pierwszy raz w życiu robiłam i nie ostatni zapewne. Pyszotto w gębie.


Wyszliśmy.
Przyszła chęć na remonty. Pantha Rhei. Czasy się zmieniają. Kiedyś była konieczność zlewozmywaka dwukomorowego. Przyczyny były, co najmniej, dwie ;)


Ale skoro kiedyś wychodziliśmy bez problemu, to i problemy były inne. Kupiłam zmywarkę (w Sylwestra), musiała swoje odczekać.  Ze względu na "szalone przestrzenie" trzeba było tu uciąć, tu przyciąć i zamienić dwukomorowy na jednokomorowy. Dla uszczegółowienia- materiały niezbędne do przeróbki zalegały od stycznia- do żadnych marketów budowlanych po próżnicy nie lataliśmy.


A może tak trzeba było zamienić? W końcu w dwukomorowym koty nie zachowywały przepisowej odległości 2m. od siebie? ;) Kichały, prychały i czasem dały sobie po nosie. Cóż- za blisko siebie siedziały i kwarantanna im się dawała we znaki. Ja je już teraz bardzo rozumiem- w piekle się za to będę smażyć zapewne ;)

Wiem, są ludzie których razi w oczy kot w zlewozmywaku ;) Cóż... Nie jest to u nas częsty widok. Właściwie bardzo rzadki- dlatego uwieczniony na fotografii. Nie popieram, ale przyznam trochę mnie śmieszy, więc zanim je przegonię to cykam fotkę. Mam takie spostrzeżenie, że jak w zlewozmywaku zostanie cokolwiek- np łyżeczka- kot już tam nie wejdzie. Zawsze choćby łyżeczkę zostawiam.

Dbajcie o siebie. W granicach rozsądku. Swojego rozsądku.

Do następnego :)

sobota, 18 kwietnia 2020

Urodziny, urodziny, miejsce na piknik i zaległości.

Styczeń, luty i marzec  obfitują u nas w uroczystości. O ile do początku marca jeszcze odbywaliśmy je bez przeszkód, to ostatni, najmłodszy, załapał się na kwarantannę. I weź tu człowieku wytłumacz, że koledzy nie przyjdą, że Babcie i Dziadkowie też nie przyjdą.
Że tortu nie będzie, bo matka nie umie.
Wrrróć! Umie.
Tort jak tort, ale placek z masą mascarpone wyszedł. Serduszko z Pepco z Walentynek, do tego filcowe kwiatki i czwórka z taśmy ozdobnej z pasmanterii (bo czego, jak czego ale tego w domu nie brakuje).
Jest? Jest. Dziecko zachwycone ;)
Z kolegami na messengerze, z Dziadkami przez telefon. Impreza na 100 fajerek. Nawet na przedszkolnym FB został uwieczniony.

O tempora, o mores... (w duszy matki jednakoż zawyło)



W Kju oprócz altany, którą zrobiliśmy prawie 5 lat temu, przybyła huśtawka. Tylko jeździć tam nie można, nad czym ubolewam. Tzn jeździmy tam czasem pobiegać po podwórku, bo w domu są zamknięci Dziadkowie. Obawa, żeby im czegoś nie przywieź jest straszna. Zatem ogłaszamy, że jedziemy się przewietrzyć, oni wtedy zamykają się  w domu. Koszmar. Ale takie są układy. Ja bardzo serio traktuję izolację i chyba bym sobie nie wybaczyła gdybym niechcący i nieświadomie im coś zawlokła. O ile Mama traktuje to ze zrozumieniem, to Tatowi zrozumieć to trudno dlatego byliśmy tam dopiero 3 razy. Muszę jednak znaleźć złoty środek- mam czterolatka, którego w bloku bez balkonu nie da się trzymać bez przerwy miesiąc. Lasy zamknięte, parki też, a po ulicach chodzić głupio i niebezpiecznie.

 O tempora, o mores... (w duszy Rodziców i córki zawyło niejednokrotnie, co niestety było przeze mnie słyszalne i bolało, a czterolatek już nie pyta czy Babcia otworzy-on już to wie)


 No i koty. Koty! W izolacji od 11 lat! Chryste ja dopiero teraz zrozumiałam jakie życie im zafundowałam!


 Może mi to kiedyś wybaczą :)

I jeszcze zaległości virusowe (grrr...)


Powyżej dla Teściowej, poniżej dla Koleżanki


I tak życie sobie płynie... choć:

;)

środa, 15 kwietnia 2020

Chust ciąg dalszy...


Chuściany wirus... Niech szlag trafi tę felerną nazwę! Fakt- wciąga ale na bora liściastego! Bez przesady!


 I jeszcze ta felerna nazwa! Psia ją mać!


 Choć uczciwie trzeba przyznać, że chusty ładne. I chusty w sensie wzoru i wirus sensu stricte.


 Tą w kolorach 'rasta' zostawiłam dla siebie- reszta znalazła właścicieli.



A na koniec, jak już wzór i telewizja wyszły mi bokiem popełniłam chustę dla Syna. Baktus- popularny całkiem niedawno. Klasyczny Baktus robi się na drutach od boku do boku. I najfajniej się go robi z dwóch motków- wtedy łatwo jest określić środek pracy. Ja robiłam z kokonka DMC i nie miałam tego luksusu, znalazłam więc na YT tutorial jak zrobić Baktusa od dołu. Całkiem całkiem. No i jak ulał pasował do moich drucianych umiejętności, bo ja tylko prawe-lewe, z tym, że prawe bardziej ;) No i ten uczyniłam samymi prawymi. Ale! Dzięki filmikowi dowiedziałam się, że robię jako prawe- prawe odwrócone (lub przekręcone)- nie miałam tej świadomości wcześniej. Ale znowuż okazało się, że lewe też robię odwrócone! Hmm... teraz już za nic nie potrafię się przestawić! Uznałam więc, że skoro robię to tak nad wyraz konsekwentnie, a na moje laickie oko różnicy nie ma, to będę się już tego trzymać. Trudno.


Męczyło mnie to jednak czas jakiś, bo jak zobaczyłam na tym YT jak powinno się robić, to te "normalne" po mojemu były przekręcone ;) Ta pani je tak śmiesznie od boku nabierała. Cóż jestem, i pewnie będę, bardziej szydełkowa niż drutowa. Kiedyś byłam bardziej hafciarska niż dziewiarska i żyłam ;)


A na koniec coś, czym wszyscy ostatnio żyjemy i co szyjemy w zaciszach domowych...
 Ta jest z cienkiej flaneli z flizeliną w środku. Eksperymentalna stefkomaska z przepisu znalezionego na jednym z blogów.
Zamówiłam na allegro włókninę medyczną i zamierzam poszyć nieco tych harmonijkowych dla siebie i rodziny. Nie wiem jak się wszystko potoczy i czy w pracy nie trzeba będzie nosić. Pracuję póki co zdalnie, ale... sytuacja jest dynamiczna. Kupiłam od razu pociętą na kawałki- bardzo wygodnie- wystarczy tylko upiąć, doszyć gumki i...w miasto (chciałoby się rzec).
Zgłębiałam temat do tej pory i maseczki bawełniane, jeśli nie mają odpowiedniego filtra w środku, nie są zbyt chroniące. Najlepsze są z flizeliny medycznej jak najgrubszej (np 50- wtedy może mogą być pojedyncze) lub z filtra do odkurzacza. Choć lekarz się wypowiadał, że lepsze niż bawełniane mogą być nawet te szyte z flizeliny z rolki (kuchennej). Zobaczymy. W tych bawełnianych ponoć też te flizeliny mogą służyć za filtry. Kiedyś kupiłam kilka bawełnianych, bo nie miałam w domu ładnej bawełny i pani, która mi sprzedawała powiedziała, że za filtr mogą służyć wysuszone mokre chusteczki dla dzieci (te do pupy). Sama już nie wiem. Ilu ludzi, tyle opinii.
Choć szczerze powiem, że o ile wyobrażam sobie siebie i dzieci w szkole w maskach o tyle nie mogę sobie pomieścić w tej głowie przedszkolaków... Czy jak wrócą będą bezpieczne?
Ehh...

czwartek, 2 stycznia 2020

Chuściany Virus ;)

Zachustowałam się. Normalnie jak nie ja, bo do niedawna twierdziłam, że chusty są bez sensu. Ani ich nie nosiłam, ani nawet ich nie chciałam mieć. Do czasu.

Mam wspaniałą dziergającą sąsiadkę, która dzierga je namiętnie. Chodziłam, patrzyłam i...nic.
Poszłam do pasmatneri z kokonkami i... nic. Normalnie "nie ma tematu".

Aż przyszedł trudny dla mnie psychicznie czas, o którym napisałam Wam w poprzednim poście... Do tego nałożyły się moje problemy osobiste i problemy w pracy. Amba zjadła szczęście. Wszędzie tylko gruzy i zgliszcza.

Potrzebowałam czegoś dla totalnego odmóżdżenia, czegoś co zajmie umysł, ręce i nie pozwoli zejść do czeluści piekielnych, a przyznam cholernie blisko byłam... Nie mając kokonków zaczęłam od tego co było w domu:





 Przyznam wessało mnie. Działało genialnie. Wzór prosty ale nie monotonny. Powtarzalny co 4 rzędy, nie usypiający. Trzeba myśleć, ale dzierga się bez wzoru bo ten "schodzi z szydełka". Nazywa się "Virus" nie bez powodu...
Na psychikę działa genialnie! Pobiegłam do rzeczonej pasmanteri z kokonkami i kupiłam dwa... Wydziergałam przez Święta.









Po Świętach poleciałam zamówić jeszcze dwa... Tym razem dla siebie, bo te poszły w prezentach.

Podczas spotkań okołoświątecznych dostałam zamówienie na kolejne dwie... Coś czuję, że Virus zastąpi mi Prozac ;) i o to chodziło moi drodzy. Zawsze widziałam głębszy sens w jakimkolwiek DIY i myślę sobie, że zamiast sięgać po psychotropy zacznijmy tworzyć. To działa naprawdę.

W tzw. chuściamym "międzyczasie" skończył się jeden rok ( i dobrze!), a zaczął drugi (oby lepszy!)

Zatem moi drodzy! Pamiętajcie, że macie w swoich dłoniach potężny lek na zło tego świata. Jakiekolwiek hobby. Ludzie bez hobby głupieją (mam tego wokół dowody). Nam to nie grozi ;) Dziergajmy! Malujmy! Twórzmy! A jak nie to...siup na rower i w Polskę :) Albo posprzątajmy ;) Jednym słowem w tym nowym roku ZRÓBMY COŚ!  Na zdrowie...

Tego Wam z serca całego życzę...

Ps. Nie mam pojęcia kto jest autorem wzoru. Jest on dostępny w miliardzie plików w grafice google.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Koronka teneryfowa i gwiazdka do Nieba...

Zawsze chciałam się jej nauczyć i nie wiedzieć czemu wydawała mi się tak strasznie skomplikowana. Okazała się być całkiem, całkiem.


Już jakiś czas temu ją zrobiłam, ale coś długo schodzi mi publikowanie na blogu. Źle.

Dziś wyjątkowo źle... Tę koronkę dedykuję Marzence, mojej przyjaciółce, która dziś właśnie postanowiła opuścić nas w tej ziemskiej wędrówce...
Marzenko! To dla Ciebie Słonko...


Do zobaczenia, Kochana, gdzieś Tam... w lepszym świecie...