Krucho u mnie z czasem na dzierganie. Pochłonęły mnie praca i książki ;)
Niemniej coś tam przybywa:
Znudził mnie jednak potwornie więc tymczasowo wzbogaci UFOki...
Zdobyłam brakującą włóczkę do pledu i dziergam dopadkami. Niedługo jednak skończy się lila i znowu bedzie przestój.
Co zatem się dzierga?
Rzeczy praktyczne. Zero sztuki. Proza życia, czyli tzw "siera żyzn'".
Zegarek.
Wypatrzyłam go w szmateksie i bardzo mi się spodobał. Niestety nie dzialał. W naiwności swojej myslałam, że to tylko bateria...
Kupiłam ( 14 zł- nie był taki tani), zaniosłam do zegarmistrza i tu pierwszy zonk. Naprawa kosztowała 36 zł! Do tego pan skomentował negatywnie wygląd i moje z nim plany.
Podliczyłam. Zmięłłam w ustach parę 'ciepłych' słów i zostawiłam do naprawy.
Odebrałam. Przyniosłam do domu i... rozsypała się bransoletka!
Szlag mnie trafił i na jakiś tydzień zegarek trafił do szuflady a ja chodziłam koło niej jak osa.
Po tymże czasie stwierdziłam (ze zdziwieniem), że ja jestem(przecież) osobą dziergającą! Oprawić go w obrazek po prawdzie nie oprawiłam, ale postanowiłam, że więcej ani złotowki w dziada nie zainwestuję!
Pogrzebałam w przydasiach i stworzyłam potwora:
Wykorzystałam zapięcie z poprzedniej:
I wyszedł model bezpieczny dla alergików ;)
Może ja nigdy prochu nie wymyślę. Być może też nie stworzę wiekopomnego dzieła, które będą z podziwem oglądać przyszłe pokolenia ;) ;) ;)
Póki co zegarek robi furorę ;)
Dlaczego?
Bo nikt inny nie ma takiego ;)
Trzeba się cieszyć z małych kroczków ;)
P.S W następnym poście wspomnienia z Targów Książki, na których to miałam absolutnie nic! Ale to kompletnie NIC! A wyszłam lżejsza o... dużo za dużo...
Jak zwykle!